|

Do
problemu wysiedleń Polaków i Niemców po ostatniej wojnie chciałbym
się odnieść z potrójnej perspektywy: jako historyk, jako obserwator
współczesnego życia oraz jako świadek lat okupacji w Lublinie
i na Zamojszczyźnie. Właśnie teraz, gdy coraz więcej osób
z mego pokolenia odchodzi, tym większą odczuwam moralną potrzebę
podzielenia się wspomnieniami osobistymi i relacjami moich
bliskich.
Polska ocena wysiedleń Niemców
po 1945 roku
Słynne orędzie polskiego Episkopatu
do niemieckiego z 1965, roku zakończone "wybaczamy i prosimy
o wybaczenie", poruszyło całą Polskę. Reakcje były różne.
Dobrze pamiętam, iż niezależnie od nagonki partii i władz
państwowych, duże zaniepokojenie wywoływały zwłaszcza słowa
"prosimy o wybaczenie". Za co mieliśmy przepraszać? Z tym
pytaniem zwróciliśmy się z nieżyjącym już archiwistą, Antonim
Łukaszewskim, do biskupa Jana Obłąka. Odpowiedział krótko.
Chociażby jeden Polak skrzywdził Niemca z nienawiści na tle
narodowym, to z pobudek chrześcijańskich Episkopat Polski
uczynił słusznie. A trzeba dodać, że biskup Obłąk nie był
specjalnie sympatykiem Niemców. Wyjaśnienie zostało zaakceptowane
nie tylko przez nas. Gdy niebawem partyjny organ "Głos Olsztyński"
próbował wśród historyków zmontować dyskusję potępiającą orędzie
biskupów, odmówiliśmy i rzecz nie doszła do skutku.
Również w Olsztynie prowadzono
badania naukowe nad wysiedleniem Niemców, ale dotyczyły one
głównie ich liczby i okresów, w których byli wydalani. W "Komunikatach
Mazursko-Warmińskich" opublikowaliśmy artykuł o wysiedleniach
nawet przed decyzjami poczdamskimi.
W 1981 roku dotarł do nas manifest
Jana Józefa Lipskiego "Dwie ojczyzny - dwa patriotyzmy", w
którym autor w bolesny i refleksyjny sposób ukazał tragedię
dawnych mieszkańców Ziem Zachodnich i Północnych, akcentując
mocno, że stosowana przez Polaków "zasada odpowiedzialności
zbiorowej nie ma nic wspólnego z etyką". Lata, w których cenzura
stawała się lżejsza, tzn. okres Polskiego Października i pierwszej
"Solidarności" (1980-1981) wykorzystywano m.in. po to, aby
rozprawić się z grzechami wobec ludności rodzimej. A grzechy
te nie były małe. Dla ludności polskiej spontanicznie napływającej
znad pogranicza, także dla niższych władz, wszyscy mieszkańcy
dawnych Prus Wschodnich byli "Szwabami" i "Krzyżakami", tu
w praktyce nie dzielono ich na tzw. autochtonów i Niemców.
Zacytuję wypowiedź z prasy polskiej z 1964 roku. Po naradzie
u wojewody olsztyńskiego, pisano o polskich osadnikach: "Nie
potrafili [... ], albo nie chcieli opanować swych uczuć [nienawiści]
i stosowali je ślepo, tym bardziej, że brak wyraźnych przepisów
regulujących zachowanie się przybyłych na te ziemie, otworzył
na oścież wrota wszelkiej indywidualnej zemsty lub zwykłego
wyrównania krzywdy". O ile władze wojewódzkie starały się
przeciwdziałać bezprawiu wyrządzonemu ludności rodzimej, to
z bezwzględnością oficjalnie odnosiły się do ludności niemieckiej
i odpowiednie dyrektywy wydawały podległym urzędom. Normalnym
procederem było usuwanie jej z mieszkań, przymuszanie do uciążliwych
prac publicznych za głodowe wynagrodzenie. Pełnomocnik RP
na Okręg Mazurski pisał w wewnętrznym okólniku o konieczności
stosowania "odwetowych" [podkreślenie J. J. ] norm postępowania
wobec Niemców, czyli o zasadzie działania zemsty. Temperaturę
nastrojów antyniemieckich podnosiła miejscowa prasa. Czytamy
w "Wiadomościach Mazurskich" w 1947 roku: "Wierzymy, że oto
niezadługo już pozostaniemy sami, my Polacy na tej odwiecznie
polskiej ziemi [! ] wydartej z pazurów niemieckiej bestii".
Innym razem biskup Kaller "jest reprezentantem narodu morderców"
itd. W ten sposób przypominaliśmy nasze winy w latach dziewięćdziesiątych.
Pisząc przed kilku laty o wysiedleniach
Niemców, jako historyk nie mogłem nie przypomnieć, chociaż
bardzo skrótowo, o niemieckim terrorze i wysiedleniach w Poznańskiem,
na Pomorzu, na Zamojszczyźnie, czy w Warszawie. W ten sposób
usiłowałem nie tyle usprawiedliwiać, co wyjaśniać postępowanie
Polaków wobec Niemców, które w praktyce oznaczało realizowanie
zasady odpowiedzialności zbiorowej. A przecież przestępców
powinny skazywać sądy po uczciwych procesach. Tymczasem dominowało
prawo pięści. I właśnie za takie traktowanie Niemców przed
wysiedleniem należało dać im moralne zadośćuczynienie, które
rzeczywiście w latach dziewięćdziesiątych otrzymali.
Ale problem nie kończył się na stosunku do Niemców, zanim
opuścili Polskę. Bez porównania ważniejsza była i jest ocena,
nie tylko moralna, samych wysiedleń. Podkreślałem i nadal
podtrzymuję zdanie, że po roku 1945 owe miliony Niemców nie
mogły zamieszkać w jednym państwie z Polakami. Fale nienawiści
zatruły dusze obu narodów. Ponadto Niemcy, gdyby pozostali
na swych ojcowiznach - na Śląsku, na Pomorzu Zachodnim, w
Gdańsku oraz na Warmii i Mazurach - odczuwaliby to jako wielką
niesprawiedliwość. Bo musieliby żyć w obcym, polskim państwie.
Żaden odpowiedzialny polityk zwycięskiej koalicji, także w
Polsce, nie mógł przystać na takie kompromisowe, pozornie
sprawiedliwe rozwiązanie. Po drugie - ludność polska wyrzucona
ze spalonej Warszawy, również ekspatriowana (nie repatriowana)
z Kresów Wschodnich musiała znaleźć mieszkanie, i to od razu,
a nie dopiero po odbudowaniu starej i nowej Polski. Gdy się
porównuje gęstość zaludnienia Ziem Zachodnich i Północnych
przed wojną z niemal pustynnymi terenami w pierwszych latach
powojennych, wysuwa się rzadko zarzut wobec Polski, że w gruncie
rzeczy ziemie te były dla nas wówczas zbyteczne. Tymczasem
zapomina się, że owe miasteczka uległy wielkiemu zniszczeniu,
dochodzącemu nierzadko do 50%, wskutek operacji wojennych,
a jeszcze częściej wskutek celowych działań Armii Czerwonej.
A zatem chłonność mieszkalnictwa, fabryk, różnych przedsiębiorstw
okazała się odpowiednio mniejsza. Cytowany Jan Józef Lipski
orzekł: "Wysiedlenie ludzi z ich domostw może być w najlepszym
razie mniejszym złem, nigdy czynem dobrym. To prawda, że z
pewnością nie byłoby sprawiedliwie, by naród napadnięty przez
dwóch zbirów musiał płacić na dodatek sam wszystkie tego koszty".
Kardynał Dőpfner wyraził się, że nowe nabytki polskie na zachodzie
nie miałyby sensu, gdyby nie wysiedlono ludności niemieckiej.
Podpisuję się pod wyważoną, oficjalną formułą wypowiedzianą
w Bonn w 1995 roku przez ministra Władysława Bartoszewskiego:
"Chcę otwarcie powiedzieć, że bolejemy nad indywidualnymi
losami i cierpieniem niewinnych Niemców dotkniętych skutkami
wojny, którzy stracili swe strony ojczyste". Zauważmy, że
nie były to słowa przeproszenia, lecz ubolewania i to wobec
"niewinnych ofiar". Bo wysiedlenie jako całość, podkreślam
jeszcze raz, winniśmy traktować jako mniejsze zło, jako konieczność,
czyli nie mieliśmy moralnego obowiązku wyrażania skruchy.
Innego rozwiązania nie było.
W Polsce przetoczyła się na temat
cierpień Niemców w Polsce po roku 1945 wielka, oczyszczająca
debata, która dotyczyła nie tylko wysiedleń. Zaczęły się ukazywać
rozprawy naukowe i popularne artykuły o Łambinowicach, o Potulicach,
o topieniu niemieckiej ludności cywilnej w Nieszawie itd.
Można powiedzieć, że Polska dokonała rzetelnego rachunku sumienia,
nie tylko na szczeblu najwyższym, także na poziomie samorządowym,
szkolnym, parafialnym. Doszło do daleko idącego zbliżenia,
pogodzenia się, ale czy do prawdziwego pojednania - mam tu
poważne wątpliwości.
Projekt Centrum Przeciwko Wypędzeniom
Z niemałym zaskoczeniem dowiedzieliśmy
się, że w Berlinie ma powstać Centrum Przeciwko Wypędzeniom.
Gorzej, bo pomysł ten zaczęły wspierać wpływowe środowiska
także w Polsce, chociaż proponując usytuowanie go we Wrocławiu
i nadając mu charakter szerszy, obejmujący wysiedlenie nie
tylko Niemców. Mnie osobiście zaniepokoiły wybrane przykłady
wysiedleń, przytaczane w Niemczech, jak i w Polsce. Otóż najczęściej
powtarza się o wysiedleniach (wypędzeniach) Niemców z Polski
i Polaków z ich dawnych Kresów Wschodnich. I na tym zestawieniu
próbuje się dokonać podobieństwa ich tragicznych losów. Tymczasem
w owych publicystycznych wypowiedziach z reguły pomija się
milczeniem wysiedlenia Polaków z Poznańskiego, Pomorza, Zamojszczyzny,
Warszawy i północnego Mazowsza, czego dokonali właśnie Niemcy.
A zatem za wysiedlenia Niemców winna jest Polska, za wysiedlenia
Polaków Związek Radziecki. W tym schemacie porównawczym gdzieś
się zagubiła wina głównego zbrodniarza, Niemiec!
Wiadomo także, iż Niemcy są winni
nie tylko za nieludzki sposób przeprowadzonych wysiedleń,
ale przede wszystkim za ludobójstwo, za pacyfikacje, za trzymanie
i maltretowanie milionów osób w obozach i więzieniach, za
eutanazję, za głodzenie jeńców radzieckich, za wywóz milionów
robotników przymusowych do III Rzeszy. O ile ogół społeczeństwa
niemieckiego uznał swoją winę za Holocaust, to Erika Steinbach
i miliony jej podobnych rodaków nie chcą nic wiedzieć o wymienionych
tu zbrodniach dokonanych na narodach nieżydowskich. Stąd po
ofiarach żydowskich największymi ofiarami wojny są dla nich
"wypędzeni" Niemcy. I nie usiłują dostrzec, jak to lapidarnie
sparafrazował niedawno profesor Jerzy Holzer, że to "Niemcy
Niemcom zgotowali ten los".
Przed kilku laty ukazała się w
Niemczech książka Jörga Friedricha o nalotach aliantów na
miasta III Rzeszy, którą odebrano w Niemczech z wielkim przejęciem.
Natomiast w Polsce nie tylko Wieluń, ostatnio przypomniany,
był celem ataków Luftwaffe. Strzelała ona masowo do uciekającej
ludności cywilnej, także do dzieci, o czym wie każdy Polak
z mojego pokolenia. Generał Władysław Anders zanotował, że
pod Mławą niemiecki samolot siekł z broni pokładowej do przedszkolaków.
Nagminnie bombardowano szpitale. Myślę, że warto zebrać owe
wspomnienia z Września, już drukowane, i wydać je w jednym
tomie. Gdy w 1995 roku poruszyłem ten temat na odczycie dla
niemieckich słuchaczy, nie chciano mi wierzyć. W ogóle polski
Wrzesień jest nieobecny w niemieckiej świadomości. To nie
są tylko incydentalne przykłady przemilczanej historii. Przecież
przed kilku laty została zorganizowana z dużym rozmachem wystawa
o zbrodniach Wehrmachtu w latach 1941-1945. Dlaczego nie od
1939 roku?
Terror na Zamojszczyźnie
Nie sposób w krótkim tekście dokonać
syntetycznego przeglądu zbrodni niemieckich w okupowanej Polsce.
Skupię się na wybranych fragmentach z bliskiej mi Zamojszczyzny.
Odwołuję się do relacji mojego
przyjaciela, Jana Franeckiego, rocznik 1927, z Suchowoli.
Toczyły się tam walki. Niemiecka tankietka 17 września najechała
na minę i uległa zniszczeniu. Żołnierze Wehrmachtu, wściekli,
z zemsty spalili kilka domów. Parę dni później ponowiły się
tu gwałtowne walki, wieś przechodziła z rąk do rąk. Niemcy
po walce spędzili Bogu ducha winnych mieszkańców do kościoła,
tłukli ich kolbami, musieli całymi godzinami stać z rękami
podniesionymi do góry, także dzieci. W październiku 2003 roku
rozmawiałem z pewnym mieszkańcem Suchowoli. Wówczas miał 6
lat i stał w kościele z podniesionymi rękami. Zbliżył się
do niego żołnierz Wehrmachtu, powiedział: "Der Kleine, Hände
nieder" (mały, możesz opuścić ręce). To był dobry Niemiec.
W sumie zabili pięciu mężczyzn. Gdy miejscowy proboszcz, ks.
Bocian, zgodnie z chrześcijańską zasadą, ekshumował poległych
Niemców spod kościoła i pochował ich na cmentarzu, został
oskarżony o profanację i ostatecznie rozstrzelany na zamku
w Lublinie.
W jaki sposób przeprowadzono wysiedlenie
na Zamojszczyźnie? W nocy, lub wczesnym rankiem, otaczano
wieś gęstą tyralierą żandarmów, esesmanów, gestapowców, Sonderdienstu,
Wehrmachtu i Ukraińców - różnie w różnych miejscowościach.
Kto usiłował uciekać, do tego strzelano, np. we wsi Feliksówka
w ten sposób zabito 14 osób. Mojej rodzinie w Łabuniach udało
się uciec do Górecka Kościelnego oraz do Uchań. Wysiedlanym
pozwolono zabrać z sobą rzeczy ważące zaledwie 10-20 kg i
następnie gromadzono ich na wiejskim placu, gdzie dokonywano
pierwszej selekcji. Całą akcję przeprowadzano brutalnie przy
użyciu kolb, pejczów, psów, cały czas wrzeszcząc. Nierzadko
wysiedlenia łączono z pacyfikacjami. Przygotowanymi furmankami
wywożono mieszkańców do obozów w Zamościu lub Zwierzyńcu (pow.
biłgorajski). W obozach następowała segregacja. Część wysyłano
na Majdanek lub do Oświęcimia, część na roboty do Reichu,
a jeszcze innych pozostawiano w ich wsiach jako parobków u
niemieckich panów. Ich wzajemne relacje były jak najgorsze.
Nasiedleni Niemcy zdawali sobie sprawę z tego, że otaczała
ich nienawiść, którą pogłębiali swoim postępowaniem. Byli
uzbrojeni, odnosili się do Polaków bezwzględnie, łatwo sięgali
po broń, zabijali. Franecki, który jako 15-letni chłopiec
pozostał w Suchowoli i na wpół legalnie pracował u znajomych,
widział, jak niemal każdego dnia przyjeżdżało do kościoła
kilka furmanek z ciałami pomordowanych Polaków, wśród nich
byli jego kilkunastoletni koledzy i koleżanki. Jeszcze inni
mieszkańcy, niejako przymuszeni, poszli do lasu i od czasu
do czasu wykonywali wyroki śmierci Polski Podziemnej na najbardziej
okrutnych Niemcach. Ci z kolei w odwecie stosowali zasadę
odpowiedzialności zbiorowej; przeciętnie za jednego zabitego
Niemca lub za próbę zamachu mordowali 30 osób. Mieszkałem
w tym czasie już w Lublinie przy szosie zamojskiej. Gdy widzieliśmy
odkryte ciężarowe samochody zapchane szczelnie np. żandarmami
z karabinami wciśniętymi między kolana, wiedzieliśmy, że jadą
na pacyfikację. Dochodziło do potwornych masowych zbrodni,
to były setki palonych domów z mieszkańcami. Ale pacyfikowano
i całe wsie. W 1939 roku uczęszczałem do 4 klasy szkoły powszechnej
w Wierzbie. Tam, 4 stycznia 1943 roku, zabito 30 mieszkańców,
a w Sochach wymordowano niemal wszystkich, 364 osoby, kilkanaście
raniono. Cały świat wie, co oznacza Oradour we Francji, a
Lidice w Czechach. A kto słyszał, poza lubelskimi historykami
dziejów najnowszych, o tragedii zamojskiej wsi Sochy? W Majdanie
Starym zabito 63 osoby, w Majdanie Nowym 25, w Wirkowicach
24 (w tym 7 Żydów), we wsi Wiszenki 31, w Białowoli 52, w
Kitowie 165 itd., itd. W czerwcu 1944 roku w ramach walk z
partyzantami zgromadzono w powiecie biłgorajskim wielkie siły
niemieckie (Sturmwind II). Otaczano wieś po wsi. Za zgodą
gubernatora Hansa Franka wszystkich mężczyzn w wieku 14-60
lat mordowano na miejscu. Siostrę mego ojca wieziono stamtąd
na Majdanek. W Lublinie, w ostatnim momencie, udało jej się
zbiec. W masakrach tych uczestniczyli także żołnierze Wehrmachtu.
Wśród czołowych zbrodniarzy w Polsce rzadko wymienia się szefa
gestapo w Lublinie Odilo Globocnika, odpowiedzialnego nie
tylko za pacyfikacje i wysiedlenia na Zamojszczyźnie, a już
nigdy sadystycznego komendanta obozu w Zamościu, Artura Schütza,
boksera z Poznania, będącego postrachem kobiet, dzieci i mężczyzn.
To w tym obozie dokonywano segregacji wysiedlonej ludności
pod kątem rasowym, wskutek czego kilka tysięcy dzieci uznane
za typy nordyckie, odebrano rodzicom i wysłano, jak mówiono,
"na rasę" do Niemiec. Czy młodym pokoleniom, nawet w Polsce,
coś mówi określenie "dzieci Zamojszczyzny"? Lekarz ze Szczebrzeszyna
Zygmunt Klukowski, bardzo szybko po wojnie zebrał i wydał
w kilku tomach dokumenty zbrodni na Zamojszczyźnie. Wysłaliśmy
je naszemu stryjowi do Ameryki. Nie chciał uwierzyć, odpisał,
że to propaganda komunistyczna. Warto je obecnie wznowić.
Nie mogę się przeto zgodzić z
tezą, że Polaków i Niemców łączy wspólny los wysiedlonych.
Podobnie jak wojna wojnie nie jest równa, tak i różne były
rodzaje przemieszczeń, a więc wysiedlenia, deportacje, wysiedlenia
połączone z pacyfikacjami, warszawski exodus itd. Profesor
Stanisław Ciesielki z Wrocławia poddał słusznej krytyce zbiór
wspomnień pt. "Wypędzeni ze Wschodu" (2001), m.in. za to,
że wrzucono do jednego worka owe tak odmienne transfery z
lat wojennych i powojennych.
W czasie okupacji Polska Podziemna
przeprowadziła obserwacje wśród 1100 Niemców w Mławie i okolicach
nad ich stosunkiem do Polaków. Okazało się, że zaledwie 10
osób można było zaliczyć do tzw. dobrych Niemców. Gdy dzisiaj
surowo oceniamy postępowanie Polaków wobec Niemców po 1945
roku, winniśmy pamiętać, że to nie tylko mundurowi Niemcy
prześladowali i wyzyskiwali Polaków.
Asymetria w procesie pojednania
Tylko dwoma zdaniami chciałbym
przypomnieć wielki problem ludności wywożonej na przymusowe
roboty, którą także należy zaliczyć do ofiar wysiedleń. Przestudiowałem
wiele dziesiątków wspomnień tych Niemców, którzy zatrudniali
u siebie obcokrajowców. U żadnego z nich nie zrodziła się
refleksja, że korzystali z niewolniczej siły. Widocznie uważali
za rzecz całkowicie naturalną, że skoro ich mężowie i ojcowie
walczą na różnych frontach, niech w zastępstwie pracują u
nich robotnicy narodów pokonanych. Nawet hrabina Marion Dönhoff,
znana prekursorka pojednania polsko-niemieckiego, przeszła
nad tą moralną kwestią do porządku dziennego. Jedynie niektórzy
księża katoliccy próbowali otaczać opieką duszpasterską jeńców
i robotników przymusowych. Znam zaledwie jeden współczesny
akt ekspiacji ze strony dawnych mieszkańców Warmii. Oto w
Mingajnach koło Ornety ufundowali oni krzyż, symboliczny krzyż
polskiemu robotnikowi powieszonemu przez gestapo w 1942 roku.
Gest ten został przyjęty ze wzruszeniem przez dzisiejszą społeczność
Mingajn. Dokonało się autentyczne pojednanie na szczeblu najniższym,
parafialnym. Natomiast na pomniku postawionym we Fromborku
w 2000 roku, a poświęconym Niemcom, którzy znaleźli śmierć
w 1945 roku na Zalewie Wiślanym, zapomniano dodać, że wraz
z nimi topili się zagraniczni robotnicy, również przymuszeni
do ucieczki.
Nie chciałbym, aby mój głos godził
w ideę pojednania. Polski rachunek sumienia w latach dziewięćdziesiątych
był potrzebny, przede wszystkim dla nas samych dla nas samych,
bo w mediach żyć nie podobna. Ale - wydaje się - popełniliśmy
błąd asymetrii. Mówiąc o swoich winach, nie przypominaliśmy
dostatecznie mocno niemieckich zbrodni z lat okupacji. Jak
sądzi prof. Zdzisław Krasnodębski, owo "polskie myślenie"
wynikało z obawy posądzania nas o antyeuropejskość, ba, o
"ksenofobiczny prowincjonalizm".
Ważnym głosem we właściwym kierunku
jest artykuł Andreasa Kosserta, opublikowanym w "Die Zeit",
a przetłumaczony w "Forum". Autor znający realia swego kraju,
jednocześnie pracownik naukowy Niemieckiego Instytutu Historycznego
w Warszawie, dobrze zorientowany w historii naszego kraju,
stwierdził, że wśród jego rodaków panuje ignorancja na temat
niemieckich zbrodni w Polsce.
Myślę, że należałoby jak najszybciej
napisać nową monografię Września i okupacji w Polsce oraz
przetłumaczyć ją na język niemiecki i angielski.
Chcę mocno zaakcentować - pamięci
o nieprawościach XX wieku nie należy ograniczać do kwestii
wysiedleń. Jeśli miałoby powstać muzeum piętnujące totalitaryzmy
naszych czasów, to powinno mieć ono charakter bardziej wszechstronny,
w którym ukazanoby wszelkie zbrodnie na czele z ludobójstwem.
Janusz Jasiński
Przedruk z: "PosŁaniec Warmiński",
21 grudzień 2003 rok
Janusz Jasiński - profesor, historyk,
absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, wspóŁpracownik
"PosŁańca Warmińskiego" od poczĄtku istnienia dwutygodnika,
autor ksiĄżki "Między Prusami a PolskĄ. Rozprawy i szkice
z dziejów Warmii i Mazur w XVII-XX w."
|