|

- Mysza, ustąp pani miejsca - rozkazuje pucołowata,
może dziesięcioletnia, rozwalona na siedzeniu dziewczynka
koleżance siedzącej naprzeciw. Siedzą we cztery. W autobusie
tłok i wrzask. Wepchnięto całą, bardzo liczną klasę, chyba
już na pętli autobusowej, bo wszystkie miejsca siedzące zajęły
dzieci. Jeszcze kilkoro stoi. Nauczycielki i opiekunki też
stoją. Popychana przez tłum próbuję przesunąć się do przodu.
Wyrywa mi się bezsensowne pouczenie, że jeśli chce być grzeczna,
sama powinna ustąpić. Myszę powstrzymuję przed wstaniem.
Nie widzę twarzy Myszy. Mój wzrok przyciągają najpierw rękawiczki:
jedna czarna, druga zielona. I w tym samym momencie co ja,
te rękawiczki dostrzega również dziewczynka siedząca obok
niej.
- Patrzcie, jakie ona ma rękawiczki - wykrzykuje. Wybuchają
śmiechem. Mysza też się śmieje, ale jakoś inaczej. Mam wrażenie,
że coś jest nie w porządku. Zaczynam obserwować szczegóły.
W polu mojego widzenia są rękawy kurtki Myszy. Wyraźnie brudne.
Granatowa czapka zapylona.
- Mysza, masz śniadanie? - pyta koleżanka siedząca po przekątnej.
Ma pewną siebie minę, a ton pytania jest wyraźnie prowokujący.
Choć nie obserwuję ich nachalnie, zauważa, że wzbudziły moje
zainteresowanie i już zaczyna się popisywać. Do niej należeć
będzie arena do końca mojej jazdy.
- Jadłam w domu - odpowiada Mysza i już na wszelki wypadek
zaczyna się śmiać, żeby śmiech wypadł chóralnie, bo wie, że
zaraz rykną i potem trudniej będzie jej się włączyć, a tak
wygląda to naturalniej.
- Jadła w domu! - zaśmiewają się do łez, aż głowami uderzają
kolana. Mysza też się śmieje. Naciągają jedna drugiej w tej
histerii śmiechu czapki na oczy, zrywają je, tarmoszą kurtki.
Ta po przekątnej wyjmuje z plecaka foliową torebkę z czterema
czekoladowymi cukierkami. Jednego rzuca Myszy. Pozostałym
dwom koleżankom podaje. Sama też je. Mysza dla śmiechu wkłada
do buzi cukierek razem z papierkiem.
- Nie umie odwinąć - krzyczą i zaśmiewają się. Rozrzucają
papierki, ale za chwilę każda swój gdzieś upycha w plecaku
albo w kieszeni.
- Mysza, masz samochód? - znów pyta ta po przekątnej. Teraz
zdaję sobie sprawę, że to stały, powtarzany wielokrotnie spektakl.
Mysza mówi, że nie ma. One śmieją się i komentują: skąd by
miała mieć, i śmieją się do rozpuku. Wreszcie ta po przekątnej
wskazując brodą Myszę i znacząco pociągając nosem, jakby dochodził
do niej nieprzyjemny zapach, pogardliwie wydymając usta mówi:
- Dlaczego my z taką musimy chodzić do szkoły.
Dwie pozostałe kiwają głowami ze zrozumieniem i również pogardą
na buziach. Teraz są poważne, ale tylko chwilkę. Spektakl
się jeszcze nie skończył. Prowokatorka zaczyna się trząść
i podrygiwać.
- Mysza, tak jak ty w czasie tej twojej choroby - wykrzykuje.
Pozostałe też zaczynają się trząść i śmiać. Mysza trochę się
śmieje, ale już nie wyprzedzająco, i ciszej. Zdejmuje z głowy
czapkę, wyciąga z niej - jak iluzjonista z kapelusza - czarną
grudkę. Zaciekawia to pozostałe. Patrzą. Mysza rozprostowuje
grudkę i robi z niej drugą czarną rękawiczkę. Zdejmuje zieloną,
chowa do czapki i czapkę wkłada na głowę. Czarną do pary zakłada
na rękę.
- Wyczarowałam - wodzi dumnym wzrokiem po koleżankach. Dopiero
teraz widzę jej śliczną, mizerną, szczuplutką buzię okoloną
jasnymi włosami wystającymi spod czapki.
Jadwiga Mijakowska
|