W odpowiedzi na te pytania krzyżują się dwa stanowiska: jedni mówią o zaniku potrzeb religijnych współczesnego człowieka, czego wyrazem jest sekularyzacja świadomości, puste kościoły w krajach do niedawna z gruntu chrześcijańskich, i nieuniknionym upadku chrześcijaństwa, które się "przeżyło", w konsekwencji czego "Kościół wyemigrował ze społeczeństwa" (J. Mathes). Jednocześnie szeroko znane jest drugie stanowisko głoszące optymistyczną przyszłość religii, a szczególnie chrześcijaństwa - często przywoływana opinia byłego ministra kultury Francji, że w XXI wieku kultura będzie albo religijna, albo jej nie będzie wcale. Dodać tu jeszcze można znane studium D. Bella pod znamiennym tytułem "Powrót Sacrum". Ale niejako wbrew temu "twórcy nowej Europy", zbudowanej kiedyś na wartościach chrześcijańskich, odcinają się od czegokolwiek, co ma związek z religią. Opublikowane niedawno dane statystyczne ukazują następującą strukturę wyznaniową ludności świata:

    Na przestrzeni tego stulecia ludność świata wzrosła 4-krotnie (z 1,5 miliarda w 1900 roku do 6 miliardów w 2000 roku) a procentowy udział chrześcijan utrzymuje się w niej bez zmian - obejmuje każdego trzeciego mieszkańca kuli ziemskiej. Współcześnie na ok. 2 miliardów chrześcijan, katolicy stanowią połowę. Także połowę stanowią w skali świata wyznawcy religii monoteistycznych. Ateiści i agnostycy - to co piąty mieszkaniec kuli ziemskiej. Trudno zatem zgodzić się, ze stanowiskiem głoszącym śmierć religii, a tym bardziej faktem "wyczerpania się chrześcijaństwa". Fenomenem natomiast XX wieku jest umocnienie się chrześcijaństwa, co dokonało się przez przyrost naturalny i akcję misyjną Kościoła. Jak zauważa J. Kłoczowski ("Więź" 6/2000), w ciągu stuleci, aż po przełom XVIII - XIX wieku chrześcijanie stanowili ok. 20% ogółu ludności świata. W wieku XIX i XX ich liczba wzrasta niewspółmiernie w stosunku do innych religii, obejmując pod koniec XX wieku każdego co trzeciego mieszkańca Ziemi. Jeśli religie pozachrześcijańskie rozrastały się liczebnie, to w zasadzie wyłącznie dzięki wysokiemu przyrostowi naturalnemu ich wyznawców. Zjawisko nawracania się, przechodzenie na daną religię (poza bolesnymi sytuacjami przymusu i prześladowania wyznawców chrześcijaństwa w państwach islamskich "wyznaniowych"), jak to ma miejsce w odniesieniu do chrześcijaństwa, tu nie wchodzi w grę. W odniesieniu natomiast do chrześcijaństwa ujawniła się tendencja ogólna: umocnienie i zakorzenienie we wszystkich krajach świata. Prawidłowość ta dotyczy także krajów do niedawna pozostających w orbicie zinstytucjonalizowanego ateistycznego oddziaływania: osłabiony liczebnie i instytucjonalnie Kościół nie tylko potrafił przetrwać kilkudziesięcioletnie prześladowania, ale zredukowany do znacznie pomniejszonej liczby swych członków, umocnił się i ugruntował, zaczynając w nowych warunkach społeczno-politycznych dzieło powtórnej ewangelizacji. I tu wyłania się następny, inny wątek. Jeśli statystycznie łatwo daje się uzasadnić tezę głoszącą o religijności wypełniającej duchowy wymiar człowieka pogranicza tysiącleci, to trzeba ją uzupełnić wątkiem natury zasadniczej, wskazującym na inny, zmieniający się charakter jego potrzeby religijnej - zarówno w jej wymiarze wewnętrznym, jak i zewnętrznym. Sprawa dotyczy przemiany wewnętrznego stosunku współczesnego człowieka do religii i religijnych instytucji.
       Liczne badania socjoreligijne dowodzą jednoznacznego kierunku dokonujących się w tym zakresie zmian typu religijności. Prowadzą one od religijności konformistycznej do świadomego wyboru. Świadomość religijnej przynależności zmienia się bowiem z dokonującą się przecież na szeroką skalę zmianą świadomości społecznej. Ogólne przemiany cywilizacyjne, dokonujące się w zasadzie w każdym społeczeństwie - aczkolwiek z różnym przyśpieszeniem - stanowią tu kontekst zasadniczy.
    Człowiek współczesny ustawicznie stawiany jest w sytuacji wyboru: wyboru spośród wielu możliwych postaw życiowych, oferowanych mu na bogatym rynku dóbr materialnych, wartości - w tym także wielu religii. Jest atakowany tzw. "rynkiem wartości": gamą ofert - w tym także religijno-moralnych; od kontestujących wiarę i moralność tradycyjną poczynając, a na receptach "zapewniających" sukces i szczęście tu i teraz kończąc. Namacalnym tego wyrazem są utrzymujące się na "rynku wartości" przeróżne sekty i ruchy religijne, czy raczej pseudoreligijne, stanowiące namiastkę religii.
    Ów "rynek wartości" obejmuje też nurty negacji transcendencji i jakichkolwiek form religii i religijnego przeżycia: usiłuje wyprzeć ze świadomości ludzkiej, szczególnie młodych pokoleń, samą potrzebę religii. Nurt ten, w zasadzie słaby w poprzednich dwóch stuleciach, stał się w XX wieku nurtem powszechnym: wtargnął w świat tradycyjnych wierzeń i praktyk religijnych, siejąc irracjonalizm i relatywizm moralny, podważając ład moralny oparty na prawie boskim i naturalnym, odrzucając pojęcie prawdy absolutnej.
     Szczególną rolę w jego promocji odegrały środki masowego przekazu, nie tyle przez samo upowszechnianie myśli i stanowisk, co przez manipulowanie masami odbiorców nieprzygotowanych do krytycznego myślenia, a za to skłonnych do bezkrytycznego odbioru różnorodnej papki. W rezultacie tych oddziaływań obserwuje się dziś na szeroką skalę osłabienie tradycyjnych wierzeń, podważenie autorytetu religijnego i moralnego, zanik praktyk religijnych, a nade wszystko odrzucanie wszystkiego, co "z góry" a nie własnego wyboru. Natomiast ów osobisty wybór bardzo często równa się konformizmowi i relatywizmowi. I stąd można mówić o indywidualnym kryzysie wiary i religii we współczesnym świecie. Kryzys ów, połączony z kryzysem instytucji religijnych (i nie tylko religijnych) prowadzi do podważenia jednostkowej, a także i narodowej tożsamości religijno-moralnej. Problem polega na tym, że coraz szersze masy wierzą we wszystko, a obiekty swych wierzeń zmieniają dość szybko i zbyt często. Raz są to utopie społeczne w postaci faszyzmu, hitleryzmu czy komunizmu, innym razem utopie psychologiczno-ezoteryczne, a nierzadko zdarza się też, że deifikują rasę, klasę, seks, pieniądz i cokolwiek... Okazuje się, że odchodząc od wiary w jednego Boga, wkraczają w "politeizm", tyle że nie zrytualizowany, często nie uświadomiony, podany w świeckiej oprawie. I na tej podstawie głosi się tezę, że chrześcijaństwo się wyczerpało, że nieuchronne jest narastanie tendencji sekularystycznych, że materializm wchłonie duchowość, misja Kościoła znalazła się w stadium kryzysu nie do przezwyciężenia. Perspektywy może mieć - co najwyżej - chrześcijaństwo unowocześnione, odpowiadające psychicznympotrzebom współczesnego człowieka.

Czy zatem możliwa jest - i jaka jest możliwa -wiara dzisiaj?

    Poważne próby odpowiedzi można między innymi znaleźć w socjopastoralnym studium kard. F. Koeniga "Kościół i Świat" oraz teologiczno-mistycznej w swym wymiarze książce kard. K. Rahnera "O możliwości wiary dzisiaj". Mówiąc o "możliwości wiary dzisiaj", trzeba najpierw uwypuklić te sytuacje i okoliczności, które badania socjologiczne i psychologiczne ujawniają jako kryzysogenne. Kryzys może się wiązać z określoną prawdą wiary; dla niektórych osób trudne są do przyjęcia pewne dogmaty wiary, treści nauczania Kościoła. Częściej podstawą kryzysu jest trudność czy niechęć zaakceptowania określonych norm moralności chrześcijańskiej: wielu przestaje wierzyć ze względu na konflikt sumienia przeżywany w wyniku świadomego łamania niektórych norm moralności, dla innych nie istnieje problem grzechu, nie odczuwają poczucia winy i nie przeżywają potrzeby nawrócenia, które przecież stanowi istotny warunek chrześcijańskiego życia.
    Także zaniedbywanie praktyk religijnych prowadzi w bezpośredni sposób do kryzysu wiary: przestając praktykować, powoli przestaje się też wierzyć na skutek zaniku potrzeby z Transcendencją. Bez praktyk religijnych w zasadzie trudno nazywać się wierzącym - wiara bowiem zobowiązuje do oddawania czci Bogu i zachowania Jego przykazań.
    Kryzys wiary czasem rodzi się z cierpienia: doświadczanego bólu fizycznego, obserwowania bólu osób trzecich - członków rodziny, niewinnych dzieci; przeżywanego bólu duchowego - utrata ukochanej osoby, obserwowana niesprawiedliwość w świecie, klęski żywiołowe i spotykające człowieka nie zawinione nieszczęścia. Przeżywający taki kryzys pytają: "gdzie jest Bóg", "jak Bóg może do tego dopuszczać", "gdyby Bóg istniał, to... ".
    Wielu przeżywa kryzys wiary na tle instytucjonalnego charakteru Kościoła, jego sformalizowania i błędów w przeszłości; inkwizycja, bogactwa ziemskie, wiązanie się z "możnymi tego świata", kruchość postaw osób duchownych. Nie są świadomi tego, że Kościół nie jest tylko instytucją Boską - rzeczywistością duchową, ale że jest też instytucją ludzką, organizacją sformalizowaną, która musi dla swego funkcjonowania dysponować scentralizowaną władzą, dobrami materialnymi, a duchowni też są grzesznymi ludźmi, podobnie jak świeccy. W tym środowisku - nauczycieli katolickich - trzeba też wyraźnie zaakceptować kryzysogenną rolę powierzchowności i płytkości wiary oraz formacji religijnej. Przeżywają tego rodzaju kryzys ludzie wykształceni, których religijna formacja, mimo rosnącego poziomu wykształcenia ogólnego czy specjalistycznego, pozostała na poziomie dziecka okresu przedszkolnego. Są to ci, którzy nie dokształcali się religijnie - nie mają kontaktu z lekturą religijną, nie podejmują głębszej refleksji religijnej. W socjologii religii bywają określani mianem "analfabetów religijnych". U nich niejako z konieczności musi się jawić konflikt: wiedza-religia i wiara. Problem ten został podjęty w encyklice Fides et ratio.
    Przeżywają kryzys także ci, którzy zostali "wykorzenieni" z tradycyjnego środowiska religijnego i znalazłszy się w warunkach tzw. "szerokiego świata", wolności od nacisku rodziny i społeczności lokalnej, nie przeżywając dawniej w sposób głębszy swej wiary, teraz przestają praktykować i wierzyć, utwierdzani w przeświadczeniu, że to "nienowoczesne", że "Kościół im nic nie daje", że życie jest inne aniżeli tego wymaga religia. Oni najczęściej byli wierzącymi de nomine, praktykowali zwyczajowo: szli do kościoła, bo szli wszyscy z otoczenia, żenili się "w kościele", bo taka była powszechna praktyka i tego oczekiwało najbliższe otoczenie. Ich wiara była w pełni niedojrzała, tradycyjna, mało świadoma, rzadko z własnego wyboru. Nie była wartością, która teraz mogłaby być stawiana ponad inne wartości - dorabianie się, wygoda, przyjemność itp. Ich model religijności nie był dostosowany do wymogów psychicznych i duchowych współczesnego człowieka, "nowych czasów" i nowych sytuacji często nie sprzyjających byciu religijnym. Zostali oni bardzo łatwo poddani procesowi laicyzacji - szczególnie tzw. laicyzacji praktycznej. Potrzebują "powtórnej ewangelizacji", obudzenia z "uśpienia religijnego", głębszych podstaw wiary, zrozumienie sensu, jaki życiu nadaje wiara.
    Myślę, że uświadomienie sobie niektórych, stosunkowo często ujawnianych w badaniach socjoreligijnych okoliczności rodzących kryzys wiary (trzeba pamiętać, że tzw. "powodów wiary" żadne badania w pełni nie ujawnią, podobnie zresztą, jak i "powodów wiary") łatwiej nam przyjdzie odpowiedzieć na postawione wyżej pytanie o możliwość wiary współczesnego człowieka i jej uwarunkowania.
    W książce "Kościół i świat" kard. Koenig w znamienny sposób charakteryzuje wiarę współczesnych chrześcijan. Pisze mianowicie, że są oni z nią obyci, ale nie znają jej głębi; niby wierzą w Chrystusa, ale nie wiedzą kim On jest; jako tako znają naukę Chrystusa, ale nie zaznali jej smaku; przyznają się do przynależności do Kościoła, ale nie rozumieją jego misji zbawczej i nie biorą na siebie odpowiedzialności za Kościół. Autor ten na swój sposób "oskarża" duszpasterstwo za to, że oferowało chrześcijaństwo domagające się ślepego posłuszeństwa autorytetowi, że liczyła się głównie obecność na nabożeństwach, przyjmowanie sakramentów i udział w religijnych uroczystościach - często zdominowanych zewnętrzną oprawą. Taki typ religijności jest dla współczesnego człowieka wewnętrznie obcy, a psychicznie niemożliwy: nie odpowiada bowiem na religijne potrzeby współczesnego człowieka.
    Niewątpliwie człowiek współczesny potrzebuje wiary. Świadczą o tym nie tylko przytaczane statystyki "wierzących" i "praktykujących" w poszczególnych krajach - w tym zwłaszcza w Polsce. Dowodzą tego także liczne ruchy religijne - zwłaszcza młodzieżowe, rozwijające się sekty religijne. Świadczą też ci, którzy na ogromną skalę zachowali wiarę tam, gdzie im ją wyrywano w sposób zaplanowany, nawet policyjny (Albania z okresu dyktatora Hodży).
    Na szerszą jednak skalę człowiek współczesny będzie wierzył, gdy uda mu się osiągnąć własne doświadczenie religijne; jeśli przeżyje - jak pisze ks. J. Pałyga - "smak spotkania" z Bogiem. Jeśli mu się to nie uda, jeśli duszpasterstwo nie będzie go do tego prowadzić, to coraz bardziej będzie się rozmijał z chrześcijaństwem: ewentualnie będzie poszukiwał innych ferm religijnego przeżycia, albo zastąpi je formami quasireligijnymi. Wydaje się, że skierowanie się w stronę kultu pieniądza, dążenie za wszelką cenę do dobrobytu, nastawienie na seksualne doznania, pragnienie dominowania nad drugimi, żądza władzy itp. zastępują wielu ludziom nie zaspokojoną, względnie zagłuszoną potrzebę Transcendencji.

O jakie zatem doświadczenia religijne chodzi?

    Odpowiedź nie jest tu prosta, ani łatwa. Dla jednych będzie to zatopienie w praprzyczynie bytu, wnikanie w siebie, "uwewnętrznianie się"; dla innych to, co nazywamy mistyką, spotkaniem Tajemnicy, rozmowa z Niewidzialnym; dla jeszcze innych pytanie o sens życia, rangę uznanych wartości - ich odniesienie do wieczności i nieskończoności. Formy przeżywania tego doświadczenia zależą od poziomu i typu wykształcenia, płci, wychowania w określonej tradycji kulturowej rodziny i szerszej społeczności, typu psychicznego, wieku i doświadczenia życiowego - łącznie z jego pozytywami i negatywami, sukcesami i porażkami.
    Czy to oznacza, że dotychczasowe formy religijnego oddziaływania wychowawczego, angażującego różne praktyki religijne i formy kultowe tracą we współczesnej rzeczywistości kulturowej (także polskiej) swój sens i znaczenie? Bynajmniej! Są jak najbardziej potrzebne, jednakże pod warunkiem, że będą źródłem doświadczenia religijnego dla tych, którzy w nich uczestniczą; że będą tak przeżywane, iż ludzie przez nie wejdą w "rzeczywistość Bożą"; że tkwiąca w nich potrzeba spotkania z Transcendencją zostanie przez nie zaspokojona; że będą tę potrzebę pogłębiały, rodziły i wzmacniały. Przede wszystkim zaś pod warunkiem, że nie będą tylko "zaliczaniem obecności", że ktoś wychodzi ze Mszy św. z poczuciem pustki duchowej, a jedynie z przekonaniem spełnienia obowiązku.
    Wiara i religia z wyboru będzie wypierać religijność konformistyczną, nie odpowiadającą potrzebom psychicznym współczesnego człowieka; co więcej, wewnętrznie mu obcą.

Franciszek Adamski

Franciszek Adamski - socjolog, prof. zw. Uniwersytetu Jagiellońskiego, w latach 1972-81 kierowaŁ katedrĄ socjologii rodziny KUL, byŁ organizatorem i wykonawcĄ licznych projektów badawczych nad rodzinĄ w Polsce i zagranicĄ, opublikowaŁ m.in. kilka studiów dot. rodziny: Hutnik i jego rodzina, Katowice 1967, Modele maŁżeństwa i rodziny a kultura masowa, Warszawa 1970, Socjologia maŁżeństwa i rodziny, Warszawa 1982, Rodzina nowego miasta, Warszawa 1973, MiŁość-maŁżeństwo-rodzina (red.), Kraków 1978, Rodzina - wymiar spoŁeczny i klulturowy, Kraków 2002.