|

Statystyczny Polak ogląda telewizję około 30
godzin tygodniowo.
Szczególną rolę wśród
widowni odgrywają dzieci i młodzież. Większość z nich spędza
przed telewizorami i monitorami komputerów więcej czasu niż
w szkole, z rodzicami czy na zabawie z rówieśnikami. Mimo
że przytłaczająca większość dzieci rzadko styka się z agresją
w prawdziwym życiu, dzięki telewizji każde z nich ogląda nieustający
potok scen przemocy.
Pomimo trwającej wciąż dyskusji dotyczącej
tego, jaki wpływ wywierają przekazy medialne na postawy i
rozwój dzieci, dla nikogo nie ulega wątpliwości, że wpływ
ten może być negatywny i destrukcyjny. Rodzicom, z których
bardzo wielu bagatelizuje ten problem, warto zwrócić uwagę,
że świadomość zagrożenia ze strony mediów mają nawet same
ich pociechy. Badania przeprowadzone przez p. Iwonę Ulfik-Jaworską
z Katedry Psychologii Wychowawczej i Rodziny KUL-u na 240-osobowej
grupie dzieci wykazały, iż ponad 96% dzieci było przekonanych,
że niektóre przekazy mogą mieć zły wpływ na dzieci, a 80%
uważało, że programy te mogą mieć zły wpływ również na dorosłych.
Przytłaczająca większość dzieci wskazała, że zły wpływ mają
na widzów przede wszystkim sceny przemocy.

Rosnąca świadomość zagrożenia ze strony
agresywnych przekazów sprawia, że znaczna część polskiej opinii
publicznej domaga się ograniczenia przemocy w telewizji i
zapewnienia lepszej ochrony dzieci przed szkodliwym wpływem
niektórych programów.
W lutym 1999 roku z inspiracji Krajowej
Rady Radiofonii i Telewizji zawarte zostało Porozumienie Polskich
Nadawców Telewizyjnych "Przyjazne Media", którego ideą było
dobrowolne samoograniczenie się nadawców celem zwiększenia
skuteczności ochrony dzieci i młodzieży przed szkodliwym wpływem
programów telewizyjnych. Na wiosnę 2000 roku polscy nadawcy
wprowadzili jednolity system znaków ostrzegawczych, emitowanych
na początku programów: od zielonego znaczka, oznaczającego,
że program mogą oglądać dzieci, po czerwony, oznaczający,
że program jest tylko dla dorosłych. Z sondaży wynika, że
nawet mali widzowie rozumieją znaczenie tych symboli. Z badań
p. Ulfik-Jaworskiej wynika, że ponad 91% dzieci jest w stanie
prawidłowo wyjaśnić oznaczenie programów. Jednak na pytanie:
co robisz, kiedy widzisz program oznakowany "kwadrat w czerwonym
kółku", tylko 58% dzieci deklaruje, że nie ogląda go, a 16%
stwierdza, że wręcz przeciwnie; stara się taki "zakazany"
program obejrzeć. Wynika stąd, że wprowadzony system znaków
ostrzegawczych jest zrozumiały dla dzieci i młodzieży, ale
nie zawsze jest on respektowany.
Krajowa Rada ma świadomość niedoskonałości
i niewystarczalność systemu oznakowań. Nasze postulaty to
między innymi powiązanie systemu znaków z grupami wiekowymi
oraz wypracowanie precyzyjniejszych kryteriów kwalifikacji
poszczególnych audycji do różnych kategorii.
Wprowadzenia systemu oznaczania programów
nie można z pewnością traktować jako rozwiązania problemu
"faszerowania" psychiki dzieci treściami szkodliwymi dla ich
rozwoju. Nadal w "pasmie chronionym", w którym z mocy prawa
nie wolno nadawać audycji mogących zagrażać prawidłowemu rozwojowi
niepełnoletnich, audycje takie się pojawiają. Co więcej, w
czasie chronionym pojawiają się programy, które sami nadawcy
opatrują czerwonym znaczkiem, czyli kwalifikują jako audycje
przeznaczone tylko dla dorosłych.
Wiele deklaracji nadawców skupionych
w inicjatywie "Przyjazne media" nadal pozostaje "na papierze".
Zobowiązali się oni na przykład do stworzenia forum stałego
publicznego dialogu z rodzicami, nauczycielami i wychowawcami
oraz z organizacjami wyrażającymi opinie telewidzów. Nadawcy
nie prowadzą też badań nad odbiorem systemu oznakowań. Nie
wprowadzili stałych audycji poświęconych edukacji medialnej.
Jednak generalnie inicjatywę należy traktować jako krok w
pożądanym kierunku.
W ostatnim dziesięcioleciu przeżyliśmy
rewolucję medialną, której główną cechą jest to, że podstawowym
zajęciem Polaka stało się oglądanie telewizji, słuchanie radia
i surfowanie po Internecie. Tradycyjny model społeczeństwa,
w którym wartości moralne, wiedza i doświadczenie były przekazywane
z pokolenia na pokolenie, ustąpił miejsca modelowi społeczeństwa,
w którym największy wpływ na niepełnoletnich mają media. Z
badania przeprowadzonego trzy lata temu przez OBOP wynikało,
że telewizja ma znacznie większy wpływ na kształtowanie postaw
i zachowania młodzieży niż rodzina, szkoła czy kościół. Ta
rewolucyjna zmiana niesie z sobą wiele zagrożeń. Jeśli przekaz
medialny jest lepszy niż tradycyjny, to nie sposób go potępiać.
Dzieci z rodzin patologicznych mogą dzięki mediom elektronicznym
zdobyć wiedzę, której rodzice nie są w stanie im przekazać.
Jednak takie procesy mają charakter marginalny, są tylko wyjątkiem
od normy. A normą jest to, iż media oddziałują na dzieci w
sposób dramatycznie gorszy niż tradycyjne środowisko wychowawcze,
złożone z rodziny, szkoły czy kościoła. Mimo to wpływ wychowawczy
mediów wciąż rośnie, co jest spowodowane rosnącą ofertą mediów
i zaangażowaniem rodziców w karierę zawodową i inne aktywności
społeczne.
Co więcej, zagrożenie ze strony mediów
rozwoju psychicznego dzieci w Polsce jest znacznie większe
niż w zachodnich krajach dojrzałej demokracji. Dzieje się
tak z kilku powodów, z których najważniejszym jest to, że
nasz kraj przeszedł w ekspresowym tempie drogę od totalitaryzmu
do otwartego społeczeństwa i wolnego rynku. Skutki tej przyspieszonej
drogi są wieloaspektowe. Po pierwsze, nadawcy i cały system
medialny nie są właściwie przygotowani do pełnienia swojej
misji społecznej, w szczególności jeśli chodzi o dostarczanie
odpowiednich przekazów dzieciom. Po drugie, rodzice i nauczyciele
często nie są przygotowani do wlasciwej edukacji medialnej
dzieci, bo sami dorastali i byli wychowywani w zupelnie innych
warunkach. Po trzecie, wprowadzenie otwartego systemu mediów
dokonalo sie w naszym kraju równoczenie z cyfrową rewolucją
technologiczną, dzięki której zwielokrotniła się liczba kanałów
telewizyjnych i upowszechniły komputery oraz Internet. Co
więcej, najbardziej masowe środki przekazu, zarówno publiczne
jak i prywatne, zostały w III Rzeczpospolitej zdominowane
przez lewicowo-liberalną opcję polityczną, której model wychowawczy
jest propagowany również w audycjach dla dzieci i młodzieży,
a jest to model odbiegający od tradycyjnego modelu wychowawczego,
który oparty był na konserwatywnych wartościach.
Te zjawiska sprawiają, że w naszym
kraju obserwujemy obecnie eksperyment społeczny na gigantyczną
skalę, w którym całe społeczeństwo, a zwłaszcza dzieci są
królikami eksperymentalnymi, poddawani poprzez media potężnym
strumieniom nowych bodźców. Media (być może nieświadomie)
starają się kształtować nowego "postępowego" (czyli lewicowo-liberalnego)
obywatela, otwartego na świat, pozbawionego zahamowań, zdystansowanego
wobec konserwatywnych wartości i kpiącego z doświadczeń pokolenia
ojców i dziadków. Kamieniem milowym na drodze do tego nowego,
wspaniałego świata jest program "Wielki Brat", który zdołał
połączyć prymitywny instynkt podglądactwa szerokich rzesz
z ekshibicjonizmem garstki wybrańców, aby stworzyć żałosne
widowisko ludycznej zabawy z elementami żenującej gry na ludzkich
uczuciach. Twórcy programu świadomie i publicznie gwałcą niezbywalne
prawo człowieka do prywatności.
Efektem działania sił rynkowych w
domenie mediów jest postępująca prymitywizacja środków masowego
przekazu. Nastąpiło to przede wszystkim z winy nadawców, którzy
starają się schlebiać coraz niższym instynktom. Część winy
ponosi też Krajowa Rada, która nie umiała narzucić nadawcom
wyższych standardów estetycznych, moralnych i intelektualnych.
W efekcie od kilku lat obserwujemy zamiast dojrzewania mediów
do wolności, zaskakująy proces ich prymitywizacji (widoczny
szczególnie w domenie telewizji). Najwyraźniej zaznaczył się
on w ofercie największego komercyjnego nadawcy, ale jest to
zjawisko powszechne, które dotyczy zarówno stacji komercyjnych,
jak i TVP.
Warto przypomnieć, że starając się
siedem lat temu o koncesję telewizyjną Polsat obiecywał i
starał się przygotowywać ambitny program, łączący w sobie
komercyjne potrzeby stacji z poczuciem misji społecznej. Deklarowano,
że programy własne, w tym informacje i publicystyka będą stanowiły
coraz większy składnik programu, a oferta filmowa i artystyczna
nie zejdzie nigdy poniżej pewnego poziomu. Potem w miarę umacniania
się dominującej pozycji Polsatu na rynku ambitniejsze programy
ustępowały miejsca komercyjnej papce, złożonej z pełnych przemocy
filmów akcji, libertyńskich talk-shows ("Na każdy temat"),
nie wymagających myślenia teleturniejów ("Wszystko albo nic")
czy sit-comów o życiu kretynów ("Rodzina Kiepskich"). Pierwszym
wielkim "wynalazkiem" Polsatu była ludyczna muzyka disco-polo,
ostatnim jest utrzymany na równie "wysokim" poziomie reality-show
"Dwa światy". Gdyby podsumować wkład Polsatu w rozwój kultury
narodowej, można dojść do zdumiewającego wniosku, że ta potężna
i popularna telewizja stara się ogłupić społeczeństwo, a nie
podnieść go na wyższy poziom. Poziom intelektualny, estetyczny
i moralny jej przekazu jest niższy niż poziom społeczeństwa,
do którego jest adresowany.
To zjawisko wynika między innymi stąd,
że celem komercyjnych przekazów jest dotarcie do jak najszerszej
liczby odbiorców. W zachodnich krajach demokratycznych podstawą
społeczeństwa jest klasa średnia, i do jej poziomu dostosowywany
jest przekaz. W Polsce klasa średnia dopiero się kształtuje,
a najliczniejszą grupą odbiorców są przedstawiciele niższych
warstw: emeryci i bezrobotni, którzy stracili pracę w socjalistycznych
zakładach i PGR-ach. Aby zdobyć dużą publiczność, najłatwiej
jest dostosować program właśnie do ich poziomu, a sukces oglądalności
takiego programu przyciągnie kolejnych widzów. Ofiarami tego
procesu padają elity i średnie warstwy naszego społeczeństwa.
Największe szkody taka polityka programowa powoduje wśród
dzieci. Zapracowani rodzice nie mają często czasu na wychowywanie
i nie interesują się "chłamem", jaki bez końca nadają telewizje.
Deformowanie rzeczywistości, demonstrowanie
przemocy, indyferentyzm moralny, jawna lub ukryta propaganda
różnych patologii i zboczeń, to zagrożenia ze strony mediów
dla normalnego rozwoju dzieci i młodzieży, którym powinna
przeciwstawiać się zdrowa część społeczeństwa i elit. Problem
jednak leży w tym, że głosy sprzeciwu wobec mediów są często
zdumiewająco słabe i dotyczą zaledwie drobnej cząstki patologicznych
zjawisk. Wobec bardzo rzadkich i słabych protestów szerokich
warstw społeczeństwa, trudno się dziwić, że również Krajowa
Rada nie jest zbyt chętna do piętnowania patologicznych zjawisk.
Co więcej, jej rzadkie wystąpienia w obronie zdrowia i moralności
publicznej spotykają się z ostrą krytyką liberalnych kręgów
oraz grup interesów związanych z nadawcami.
Aby Krajowa Rada mogła bardziej aktywnie
i skuteczniej odgrywać rolę strażnika fundamentalnych wartości,
konieczne jest najpierw zaktywizowanie szerszych kręgów opinii
publicznej. Aby społeczeństwo mogło się skutecznie bronić
przed szkodliwym wpływem mediów, konieczne jest uświadomienie
ich po części destrukcyjnej roli, konieczne jest też uruchomienie
społecznego ruchu oporu przeciw agresji medialnej na polskie
domy.
Konieczne jest też rozwijanie i rozszerzanie
edukacji medialnej, tak aby każdy obywatel III Rzeczpospolitej
(zwłaszcza dzieci i młodzież) był przygotowany do odbioru
mediów, nie traktował ich bezkrytycznie i był w stanie dokonywać
selekcji programów i informacji. Od 1998 roku Ministerstwo
Edukacji Narodowej wśród innych zmian przewidzianych w ramach
reformy oświaty postanowiło wprowadzić elementy wiedzy o mass
mediach i edukacji medialnej do szkół wszystkich szczebli.
Upowszechnienie wiedzy o mediach napotyka jednak zasadnicze
przeszkody, czyli brak nauczycieli przygotowanych do prowadzenia
tego przedmiotu oraz brak środków na wprowadzenie tego typu
zajęć na odpowiednim poziomie, co wymagałoby odpowiednich
pracowni i sprzętu.
W tej sytuacji ogromną rolę do odegrania
ma przede wszystkim rodzina i kościół oraz inne instytucje
powołane do wspierania duchowego rozwoju człowieka. Z sondażu
Iwony Ulfik-Jaworskiej wynika jeszcze jedna, dość oczywista
prawda: blisko 4/5 dzieci przyznaje, że rodzice zabraniają
im oglądać niektóre programy, które są przeznaczone tylko
dla dorosłych. Oznacza to, że rodzice starają się ograniczać
szkodliwe wpływy przekazów medialnych na dzieci. Jednak z
innych badań wynika, że tylko co trzeci rodzic ma pełną świadomość
tego, co oglądają jego pociechy, a w podobnej liczbie rodzin
dzieci mogą oglądać co im się żywnie podoba, praktycznie bez
kontroli ze strony rodziców.
Oczywiście, istotną rolę do odegrania
w ochronie dzieci i społeczeństwa ma Krajowa Rada. W obecnej
sytuacji, kiedy organ ten jest zdominowany przez przedstawicieli
liberalno-lewicowych opcji, trudno jednak oczekiwać jakiegoś
zasadniczego wzmocnienia stanowiska Rady wobec łamania przez
nadawców prawa o ochronie dzieci przed szkodliwymi przekazami.
Trzeba tu podkreślić, że programy
typu reality show są szczególnie niebezpieczne dla młodych
widzów, przyzwyczajając ich do akceptacji inwigilacji i ucząc,
że z własnej prywatności, która jest niezbywalnym i konstytucyjnym
prawem człowieka, można zrezygnować dla pieniędzy lub sławy.
Jak pokazały doniesienia prasowe, sama przeszłość niektórych
ludzi, kreowanych przez telewizję na bohaterów, budzi ogromne
wątpliwości. Co więcej, w sferze moralnej wpływ takiego programu
na dzieci może mieć charakter przede wszystkim negatywny,
prowadząc do kwestionowania podstawowych wartości rodzinnych
i społecznych. Prezentuje on przecież ludzi porzucających
dobrowolnie na wiele tygodni własną rodzinę i środowisko dla
życia "na pokaz" w totalnie kontrolowanej komunie. Sama decyzja
o udziale w takim programie wymaga od jego uczestników szczególnej
formy ekshibicjonizmu, który potem przez autorów programu
jest prezentowany niemal jako heroizm. Filozofia "wszystko
na pokaz" prowadzi do relatywizmu moralnego. Reality shows
są tylko przykładem niewinnej z pozoru rozrywki telewizyjnej,
która w głębszym przesłaniu może mieć destrukcyjny wpływ na
postawę i kształtowanie się charakteru dzieci i młodzieży.
Jest to swoiste signum temporis, gdyż jeszcze kilkanaście
lat temu zabawa z orwellowskim "wielkim bratem" byłaby przynajmniej
w naszym kraju całkowicie nie do pomyślenia.
Ograniczenie praw nadawców jest powszechnie
stosowane w całym wysoko rozwiniętym świecie i gdyby nie to
ograniczenie, w eterze niepodzielnie zapanowałoby prawo silniejszego.
Gdyby nadawcy kierowali się wyłącznie komercyjnym prawem oglądalności
programu, to zapewne bardzo szybko wprowadziliby na antenę
programy typu "samobójstwo na żywo" czy "pokaż mi wszystko".
Sam mam wątpliwości, czy Krajowa Rada
w jej obecnym kształcie i składzie jest predestynowana do
bycia głosem moralnego niepokoju, jednak z powodu milczenia
innych autorytetów, ten głos nie jest z pewnością bez znaczenia.
Myślę, że w sprawie coraz bardziej dziwacznego "rządu dusz",
jaki sprawują nadawcy telewizyjni nad nami, a w szczególności
nad dorastającym pokoleniem, winny jednym głosem zagrzmieć
najwyższe autorytety. Dopóki patologie medialnego przekazu
nie będą spotykać się z masowym protestem, dopóty nasze dzieci
i młodzież będą skazani na słuchanie rozkazów "Wielkiego Brata"
i śmiech ze świata Kiepskich.
Jarosław Sellin
JAROSŁAW SELLIN - historyk, dziennikarz TV;
członek KRRiT
|