W listopadzie ubiegłego roku, podobnie jak rok wcześniej, grupa nauczycieli z duszpasterstwa "OSTOJA", działającego przy klasztorze Cystersów w Mogile, wraz z Ojcem Pawłem Mynarzem, jego twórcą i animatorem, udała się na Ukrainę, by spotkać się tam z nauczycielami uczącymi języka polskiego.

    Poprzednie spotkanie odbyło się w Drohobyczu. Teraz przedmiotem naszego zainteresowania (pod wpływem sugestii Wspólnoty Polskiej w Krakowie) stały się tereny znacznie odleglejsze, obejmujące rejon Żytomierszczyzny. Ziemie te odpadły od Polski w okresie rozbiorów, po 1918 r. nie weszły już w skład II Rzeczypospolitej, stając się integralną częścią sowieckiej Ukrainy (tzw. "Marchlewszczyzna"). Mimo sowieckich represji, które nasiliły się wobec ludności polskiej zwłaszcza w latach trzydziestych (zsyłki na Sybir i do Kazachstanu, likwidacja kościołów katolickich i polskich szkół, zakaz posługiwania się językiem polskim itp.) Polacy - zdziesiątkowani, jednak cudem przetrwali tu do dziś. W rejonie Żytomierza czy Chmielnickiego są dość duże enklawy Polaków. W samym Żytomierzu żyje ich około 40 tysięcy. Od kilku lat odradza się tu życie religijne, wierni odzyskali na ogół swoje kościoły, zaczynają działać polscy księża, a w niektórych miejscowościach, gdzie żyją Polacy, w szkołach ukraińskich organizowane są lekcje języka polskiego.
    Jedziemy na zaproszenie polskiego księdza do miasteczka Dzierżyńsk (ok. 50 km od Żytomierza). Towarzyszy nam przedstawicielka Wspólnoty Polskiej z Krakowa. Ponieważ w programie mamy spotkania z dziećmi i nauczycielami w kilku szkołach, zabraliśmy ze sobą sporą ilość materiałów piśmiennych, słodyczy i zabawek - dary od uczniów kilku nowohuckich szkół.
    Pierwszym etapem naszej podróży jest Ostróg, gdzie mamy odwiedzić katolickiego księdza Witolda Józefa Kowalowa, od 1992 r. proboszcza tutejszej parafii.
    Ostróg - jedno z najstarszych miast Wołynia - to dawna siedziba rodu Ostrogskich. Najsłynniejszy z nich, książę Konstanty Wasyl II, uczynił z miasta w XVI w. ważny ośrodek nauki i kultury, zakładając tu Akademię i drukarnię, w której w 1581 r. została wydrukowana w języku starocerkiewno-słowiańskim pierwsza Biblia prawosławna (zwana Ostrogską). Wnuczka księcia Konstantego Wasyla, Anna Chodkiewiczowa, kontynuując dzieło wybitnego przodka, założyła tu w 1624 r. Kolegium jezuickie, znane z wysokiego poziomu nauczania.
    W okresie międzywojennym Ostróg należał do Polski, był miejscowością graniczną, leżącą 1 km od sowieckiej granicy. Historia nie oszczędzała tego miasta. Szczególnie okrutne doświadczenia przyniosła mu, podobnie jak i całemu Wołyniowi, II wojna światowa. UPA w 1943 r. dokonała krwawej rzezi Polaków. W czasie "czerwonych wołyńskich nocy" główną placówką polskiej samoobrony dla okolicznej ludności stał się kościół katolicki w Ostrogu.
    Po wkroczeniu Armii Czerwonej do Ostroga w kościele zrobiono magazyn ziarna, a w kilka lat po wojnie halę sportową (trenowano tu głównie boks). Dopiero w 1990 r. kościół został oddany wiernym, wtedy przystąpiono do jego odbudowy. Proboszczem został przybyły z Polski ks. W. J. Kowalów.
    Ksiądz, mieszkający w malowniczym drewnianym domku typu dworkowego (jakich było tu wiele przed wojną), to człowiek-instytucja. Wnętrze pokoju, w którym nas przyjął, przypomina jednocześnie redakcję, drukarnię i bibliotekę. To tu powstaje dwumiesięcznik "Wołanie z Wołynia" - najważniejsze w tym regionie pismo religijno-społeczne (poruszające istotne problemy społeczności katolickiej w diecezji łuckiej), którego ksiądz jest naczelnym redaktorem. Szereg książek autorstwa ks. Kowalowa świadczy o szerokich zainteresowaniach i energii księdza.
    Perspektywa dalszej, dalekiej podróży zmusza nas do opuszczenia gościnnego domu w Ostrogu. Za miastem droga gwałtownie pogarsza się, w dodatku brak jakichkolwiek drogowskazów, tablic informacyjnych, co jest ukraińską normą. Po wielu perypetiach późną już nocą docieramy do Dzierżyńska. Nocujemy w domu sióstr Sercanek, zbudowanym tuż obok nowego kościoła. Oba budynki znajdują się na rozległym cmentarzu katolickim. Tylko na taką lokalizację wyraziły parę lat temu zgodę władze ukraińskie, licząc być może na odstraszenie wiernych. Przeliczyły się jednak. Już w 1991 r. położono pierwsze fundamenty pod kościół katolicki. Jego budowę sfinalizował obecny proboszcz ks. Ryszard Dziuba (ze Zgromadzenia Sercanów).
    W ciągu kilku dni naszego pobytu w Dzierżyńsku poznaliśmy bliżej działalność pracującego tu od 5 lat ks. R. Dziuby i dzielnie wspomagających go sióstr z przełożoną s. Marianną na czele. Księdzu podlega 17 miejscowości (ponad 1 tysiąc parafian), niektóre z nich są dość odległe od Dzierżyńska. Większość ich mieszkańców stanowią Polacy. Tylko dzięki swojej dość sfatygowanej ładzie ksiądz może dotrzeć z posługą duszpasterską przynajmniej jeden raz w miesiącu do każdej z wiosek. Znaczna część żyjących tu Polaków (szczególnie młodych) nie zna języka swych przodków. Lata sowieckich represji zrobiły swoje - w 1924 r. zlikwidowano wszystkie polskie szkoły. Normą stały się zsyłki i deportacje Polaków. Język i tradycje przodków zachowali prawie wyłącznie starzy ludzie. Ksiądz R. Dziuba stał się osobą integrującą wszystkich Polaków z podległych mu parafii. Jest on nie tylko kapłanem, ale zarazem opiekunem i przyjacielem swoich parafian, którzy odpłacają mu za jego oddanie i pomoc w wielu życiowych sprawach ogromną wdzięcznością i przywiązaniem.
    Nazajutrz, idąc na lekcję języka polskiego do jednej ze szkół w Dzierżyńsku, mamy okazję przyjrzeć się nieco miastu. Robi ono przygnębiające wrażenie - szare, smętne bloki w stylu socrealistycznym, ulice pełne wyboi i kałuż. Ukraina zdobyła niepodległość kilka lat temu, jednak w Dzierżyńsku jakby tego nie zauważono, dalej straszą tu "upiory" komunizmu. Na środku rozległego placu spostrzegamy pomnik Lenina, a nieco dalej, przed szkołą - popiersie F. Dzierżyńskiego, twórcy CZEKA, patrona miasta, które do 1933 r. nazywało się po prostu - Romanów. Na Ukrainie Zachodniej pomniki Lenina zastąpiono monumentami Tarasa Szewczenki. Pogrążeni w zgrzebnej codzienności ludzie z dużą obojętnością podchodzą do spraw polityki, zresztą komunistyczne sentymenty są tu silniejsze niż na Ukrainie Zachodniej.
    "Jakie to ma znaczenie, kto stoi na pomniku" - mówi jedna ze starszych kobiet w Dzierżyńsku - "od kiedy pamiętam, zmieniały się władze, rządy - a nasze życie było wciąż trudne, bieda i strach były wciąż takie same. Człowiekowi chodzi już tylko o to, by przetrwać, a czy miasto nazywa się Dzierżyńsk, czy Romanów - nam wszystko jedno".
    Przez kilka dni naszej wizyty odwiedziliśmy parę ukraińskich szkół, w których chętne dzieci z różnych klas mogą uczyć się języka polskiego. Nauczyciele uczący tego przedmiotu często pracują społecznie, nie otrzymując za swoją pracę zapłaty. W dodatku ich działania spotykają się niekiedy z rezerwą, a nawet niechęcią ze strony dyrekcji szkoły i części ukraińskich nauczycieli. Język polski jest traktowany jako przedmiot nadobowiązkowy i najczęściej dzieci mogą się go uczyć po wszystkich swoich lekcjach, czyli na ogół po szóstej, siódmej godzinie lekcji, kiedy są zmęczone, a przed nimi często perspektywa dalekiej drogi do domu.
    Chlubnym wyjątkiem jest sytuacja w szkole w Czerwonych Chatkach (dawną nazwę "Drenyckie Chatki" zmieniono w czasach ZSRR na "Czerwone", uznając ów kolor za bardziej poprawny politycznie). Dyrektorka szkoły p. Nela (Polka z pochodzenia) przywitała nas chlebem i solą. Jest ona gorącą zwolenniczką nauczania języka polskiego w szkole, w której znaczna część dzieci ma polskie korzenie. Po lekcji, na której gościliśmy, p. dyrektorka zaprosiła nas na poczęstunek do przyjemnej i kolorowej, choć małej stołówki. Z dumą pochwaliła się, że wszystkie dzieci (ponad 400) już drugi rok otrzymują tu nieodpłatnie drugie śniadanie, dzięki sponsorowi z Polski, którego "wyszukał" nieoceniony ksiądz R. Dziuba.
    Dzieci w odwiedzanych przez nas szkołach poznają podstawy języka polskiego, uczą się pisać, czytać, mówić, śpiewać. W klasach na ogół brak jest podręczników, pomoce naukowe robią same nauczycielki. Oprócz nauki języka uczniowie zdobywają także podstawowe wiadomości o Polsce, o której niewiele wiedzą. Wszystkie dzieci uczestniczące w lekcji języka polskiego otrzymują od nas prezenty zakupione przez ich krakowskich kolegów, co sprawia im wiele radości. Wręczamy także listy z pozdrowieniami od kilku polskich szkół, co jest pierwszym krokiem do nawiązania bliższych kontaktów między nimi a ich rówieśnikami z Krakowa. Może także będą stanowić zachętę do nauki języka polskiego.
    Po południu jedziemy do wsi Sobolówka, także podlegającej ks. R. Dziubie, by obejrzeć kaplicę p. w. Świętej Rodziny urządzoną w dawnym budynku przedszkola, wykupionym i zaadaptowanym przez księdza na ten cel. Przy kaplicy w dwóch małych salkach siostry Sercanki z Dzierżyńska prowadzą katechezę i uczą także języka polskiego grupkę okolicznych dzieci.
    W Sobolówce poznajemy wspaniałą starszą panią Weronikę Taborowską (89 lat), która podczas nieobecności księdza sprawuje pieczę nad kaplicą. Mimo iż los jej całej rodziny był tragiczny, zachowuje pogodę ducha. Mówi nam, że przynajmniej u schyłku życia jest szczęśliwa, bo może uczestniczyć w Mszy świętej w swoim kościele i otwarcie modlić się w swoim ojczystym języku.
    W niedzielę bierzemy udział w doniosłej uroczystości religijnej w wiosce Żółty Bród, około 35 km od Dzierżyńska. Dzięki inicjatywie ks. R. Dziuby zbudowano tu rok temu, w ciągu zaledwie kilku miesięcy, kościół katolicki (w znacznym stopniu sfinansowany przez Wspólnotę Polską). Przy jego budowie niezwykle ofiarnie pracowali miejscowi parafianie. 11 listopada 2000 r. biskup żytomierski Jan Purwiński dokonał konsekracji kościoła (pod wezw. św. Jadwigi Królowej). Równo w rok po tamtym wydarzeniu w nowym kościele odbyło się po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat na tym terenie - bierzmowanie dla mieszkańców tej wsi i pobliskiej Sobolówki.
    Żółty Bród to zagubiona na Polesiu Żytomierskim, wtopiona w rozległe równiny, wioska z drewnianymi domkami. Wokół niej rozciągają się malownicze lasy i bagna. Gdy spadnie śnieg, jest właściwie odcięta od świata.
    Przed kościołem zgromadzili się mieszkańcy Żółtego Brodu i okolicznych wsi (większość to Polacy), przyjechali całymi rodzinami, wozami zaprzężonymi w konie (oprócz roweru jest to jedyny tu środek lokomocji).
Przez ponad 2 godz. uczestniczyliśmy w bierzmowaniu, w którym brały udział właściwie trzy pokolenia miejscowych katolików. Wzruszający był widok ponad 70-letnich babć i dziadków, za którymi podążały do ołtarza ich dzieci i wnuki. Całej tej podniosłej uroczystości towarzyszył piękny śpiew młodzieżowego chóru (śpiewał w języku polskim i ukraińskim) - efekt pracy sióstr Sercanek z Dzierżyńska. Biskup także prowadził liturgię w obu tych językach.
    Po uroczystości mieszkańcy Żółtego Brodu zaprosili biskupa, swojego proboszcza i gości z Krakowa na poczęstunek do znajdującej się blisko kościoła drewnianej szkółki, pamiętającej jeszcze czasy carskie. Na przykrytym ceratą stole czekały na gości przysmaki typowe dla tego regionu (pierożki, gołąbki z kaszą gryczaną itd.) pracowicie przyrządzone przez miejscowe gospodynie. W tej szkółce uczy (m.in. języka polskiego) pani Jadwiga, która codziennie musi iść do pracy ponad 3 km w jedną stronę, przez całkowite pustkowie.
    Poznaliśmy kilka osób z wioski, które walnie przyczyniły się do powstania kościoła i podczas nieobecności księdza opiekują się obiektem. Szczególnie zaimponowały nam dwie starsze, ponad 80-letnie siostry. Jedna z nich, p. Teofila, wprost żyje sprawami kościoła, czuje się za niego odpowiedzialna. Pani Teofila i jej siostra Stanisława zwierzyły się nam, że wraz z kilkoma kobietami ze wsi specjalnie na tę uroczystość wymalowały starą szkołę kolorową glinką (jest jej w okolicy pod dostatkiem), bo nie było je stać na kupno wapna.
    Przed wojną żyło tu około 300 polskich rodzin, teraz na skutek licznych represji liczba ludności znacznie się zmniejszyła (szczególnie Polaków, których pozostało tu około 20 rodzin, jest też trochę małżeństw mieszanych). Starsi ludzie mówią po polsku, ich dzieci i wnuki - po ukraińsku. Może lekcje języka polskiego zmienią ten stan rzeczy?
    Dla tych wszystkich ciężko doświadczonych przez historię Polaków ks. R. Dziuba jest osobą niezwykle ważną - pozwolił im przypomnieć sobie, jakie są ich prawdziwe korzenie, przywrócił im poczucie własnej tożsamości i godności, zbudował dla nich kościół, w którym mogą się modlić po polsku, już bez strachu, że grozi za to Sybir.
Biedy nie był w stanie zlikwidować i jest ona tu wszechobecna. Widać ją w ubraniach ludzi, w ich steranych życiem twarzach, w ubogich drewnianych chatkach, w których okna, dla ochrony przed zimnem, już teraz są zabite do połowy deskami, a ich górna część zakryta folią. Wokół domku zgromadzone są zapasy drewna z okolicznych lasów. Prąd, co prawda, tu jest, ale światło dla oszczędności wyłączają prawie codziennie. Nie ma telefonu, nie ma regularnej komunikacji, a już całkowicie zamiera ona w zimie, gdy spadnie duży śnieg.
    "Tu kończą się wszystkie drogi, dalej są już tylko lasy, bagna i pustkowie" - mówi pani Teofila.
    Następnego dnia, już w drodze powrotnej do Polski, odwiedzamy jeszcze jedną szkołę, w której są prowadzone lekcje języka polskiego.
     Jest to miejscowość Kalinówka, odległa o 150 km od Dzierżyńska, a tylko 100 km od słynnego Tulczyna (rezydencja Potockich z pięknym parkiem). Po drodze mijamy Berdyczów, dziś dosyć duże miasto (94 tys. mieszkańców), niegdyś ważny ośrodek handlowy. Podziwiamy imponujące do dziś zabudowania potężnego, niegdyś obronnego klasztoru Karmelitów Bosych, fundowanego w 1630 r. przez księcia Janusza Tyszkiewicza. Obiekt składa się właściwie z dwóch kościołów - górnego i dolnego. W górnym mieścił się słynny obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem. W XVIII i XIX w. było to najsłynniejsze Sanktuarium Maryjne na Ukrainie, do którego przybywały rzesze pielgrzymów.
    Innym kościołem Berdyczowa, sławnym z zupełnie innego powodu, jest kościół pod wezw. św. Barbary. W 1826 r. odbył się w nim ślub znanego pisarza francuskiego H. Balzaka z polską arystokratką p. Eweliną Hańską, której dobra znajdowały się w pobliżu.
    W Kalinówce (miasteczko swą banalną, socrealistyczną architekturą przypomina Dzierżyńsk) jesteśmy zaproszeni na lekcję języka polskiego do technikum odzieżowego. Mimo niedzieli na fakultet przyszło kilkunastu uczniów (część z nich pochodzi z polskich rodzin). Młoda nauczycielka p. Ludmiła właściwie uczy w szkole przedmiotów technicznych (jest inżynierem). Jednak jako Polka z pochodzenia, zafascynowana polską kulturą, odczuwa duchową potrzebę uczenia również języka polskiego, którego nauczyła ją babcia. Dyrektor szkoły, widząc determinację młodej nauczycielki, wyraził zgodę, a nawet włączył lekcje języka polskiego do siatki godzin p. Ludmiły.
    W szkole przyjęto nas, jak wszędzie, bardzo życzliwie, a podczas pożegnania dyrektor wyraził nadzieję na dalsze kontakty jego szkoły z Polską (może wymiana uczniów z pokrewnych szkół?).
    Wszyscy poznani przez nas nauczyciele języka polskiego mają polskie korzenie, większość z nich nosi piękne polskie nazwiska (Tyszkiewicz, Lewandowska, Balicka, Mazur). Podziwialiśmy u nich wszystkich pasję, z jaką, mimo rozlicznych trudności, wykonują swoją pracę. Ich znajomość języka polskiego na pewno nie jest wystarczająca i wymaga dalszego doskonalenia. Te ich potrzeby rozumie "Wspólnota Polska", która organizuje dla nich kursy językowe (dotychczas odbyły się dwa).
    Opuszczamy Kalinówkę. Teraz pozostaje nam tylko podziwianie malowniczych krajobrazów Podola, podobnie równinnego jak Wołyń. Mijamy urokliwe wioski o swojsko brzmiących nazwach: Malinówka, Jeleniówka. Wszędzie widać wielkie połacie zoranych na zimę kołchozowych pól. Przy drodze babcie okutane w grube chusty sprzedają w słoikach marynowane grzybki, ogórki, ryby rozwieszone na sznurkach, wyłowione z licznych tu jezior.
    Już w ciemnościach mijamy Tarnopol, Lwów. Późną nocą docieramy do Krakowa.
    W tydzień po naszym powrocie przyjechała do Krakowa na szkolenie językowe 8-osobowa grupa nauczycieli języka polskiego z Ukrainy, z których większość niedawno poznaliśmy. Zaprosiła ich i sfinansowała tygodniowy pobyt w naszym mieście "Wspólnota Polska". Cały program szkolenia z pobytem grupy przygotowała i zrealizowała grupa krakowskich nauczycieli związana z "OSTOJĄ". Goście z Ukrainy codziennie do południa uczestniczyli w lekcjach języka polskiego i historii w kilku wybranych przez Kuratorium Oświaty nowohuckich szkołach podstawowych.
    Te pierwsze spotkania (tam i tutaj) z naszymi rodakami z dalekiej Żytomierszczyzny i spod Chmielnickiego - gdzie nie docierają na ogół polskie wycieczki ani pomoc humanitarna - są dla nas poważnym wyzwaniem. Ci wszyscy dzielni ludzie, którzy mimo wielu przeszkód zachowali polskość i pragną uczyć języka polskiego na Ukrainie, zasługują na naszą pomoc. Na pewno potrzebne im są kursy językowe, podręczniki i pomoce naukowe, a także wartościowe książki, by mogli uczyć się pięknej literackiej polszczyzny.
Jednak największą dla nich wartość, inspirującą do działania, mają kontakty z Polską i Polakami, by - rozproszeni na rozległych równinach ukraińskich - nie czuli się zapomniani i by nie uważali, że tam gdzie żyją, kończą się już wszystkie drogi.

Tekst i fot. Krystyna Kantorowicz

Krystyna Kantorowicz - nauczycielka języka polskiego w Liceum Ekonomicznym przy Zespole SzkóŁ Zawodowych nr 1 w Krakowie