Tytuł mojego wystąpienia zawiera oczywisty paradoks: oto mamy się zastanawiać nad włączeniem do przygotowania dzieci i młodzieży do uczestnictwa w czymś, co jest jej oczywistym początkiem i środowiskiem najbardziej naturalnym, do życia w rodzinie. Czyżby rodzice nie włączali się w coś, co w gruncie rzeczy współstanowią? Co więcej, ich wpływ wydaje się w tej dziedzinie decydujący z powodów naturalnych, gdyż zdaniem wielu specjalistów początki kształtowania się identyfikacji z płcią i uzyskiwania podstawowej wiedzy na temat znaczenia płciowości przypada na bardzo wczesne lata naszego życia, które zazwyczaj spędzamy w rodzinie, pod przemożnym wpływem rodziców. Są oni zatem bezwzględnie pierwszymi nauczycielami. I zapewne takimi pozostaną, bez względu na takie czy inne eksperymenty społeczne.

    Z kolei inni są skłonni dopatrywać się w tej domowej edukacji przyczyn komplikacji i nieszczęść, wskazując na jej niedostatki, błędy czy słabości i dążąc konsekwentnie do wyeliminowania rodziców z pracy szkoły. Takie myślenie zwykle zasadza się na postulacie osiągnięcia pewnego postępu wykraczającego poza dostępny dla rodziców naturalny horyzont spraw. Zawsze zatem za takim myśleniem stoi krytyka stanu rodziny i jakiś idealny model, do którego się zmierza. Najbardziej uderzające przykłady tego rodzaju dążeń mamy już za sobą, gdyż rozwijały się na bazie totalitarnych systemów politycznych, zmierzających do zastąpienia stanu naturalnego jakimś modelem społecznym. Niekiedy formułowano sprawę jednoznacznie, odmawiając rodzicom prawa do wychowania w dziedzinie rodzinnej, jak to możemy zaobserwować w ustaleniach choćby meksykańskich z lat trzydziestych. Rządząca tam wtedy partia radykalna wyraźnie ustaliła pierwszeństwo szkoły przed rodziną w dziedzinie tzw. edukacji seksualnej. Mało kto wie, że działo się to w warunkach terroru politycznego i krwawej rewolucji, usuniętej w cień dopiero przez europejskie totalitaryzmy.
    Zarówno pierwszy pogląd, ultrakonserwatywny, jak i drugi, który możemy nazywać ultrareformatorskim, mają do dziś swoich zwolenników i reprezentantów. Konserwatyści idą tak daleko, że wyłączają swe dzieci ze środowiska szkolnego, chcąc uchronić je przed wpływem w tej właśnie dziedzinie. Ich dążenia uformowały nawet swoisty ruch fundamentalistyczny, obecny na przykład w USA i liczący dziesiątki tysięcy praktycznych uczestników.
    Reprezentanci drugiego nurtu starają się uzyskać maksymalny wpływ na programy i praktykę szkolną, aby faktycznie odciąć rodziców od rzeczywistego wpływu na swoje dzieci w tej dziedzinie. Przykładów tego mamy sporo, a najdrastyczniejszym jest prawo umożliwiające nieletnim daleko idące działania z gwarancją, że informacje na ten temat nigdy do rodziców nie dotrą, nawet jeśli w grę wchodzą takie dramatyczne w skutkach działania, jak aborcja. Zwolennicy tego rodzaju praktyki używają dla swoich celów państwa i jego siły przymusu prawnego, powodując tym samym zobojętnienie odsuwanych od wpływu rodziców lub też dezaprobatę dla państwa, które posuwa się tak daleko.
    Z punktu widzenia pokoju społecznego jedna i druga postawa musi być uznana za skrajną i przyczyniającą się do dezintegracji społeczeństwa. Rozległe są też negatywne skutki psychospołeczne obecności postaw skrajnych w odniesieniu do życia poszczególnych jednostek znajdujących się w tym swoistym polu sił.
    Trudności te starano się ominąć proponując i stosując w praktyce podejście pragmatyczne, które akcentowało potrzebę pewnego rodzaju profilaktyki prowadzącej do dojrzalszych postaw i bezpieczniejszych zachowań młodych ludzi. Miałaby ona skutkować zmniejszeniem ilości tzw. ciąż nastolatek czy mniejszą ilością zakażeń chorobami przenoszonymi drogą płciową. Skala zagrożenia uzasadniała odwołanie się do siły państwa w ramach obowiązku szkolnego. Niestety, większość tego rodzaju działań nie przyniosła oczekiwanych rezultatów, co jest zresztą częstym doświadczeniem profilaktyki. Po latach usiłowań okazywało się, że nawet dość starannie przygotowane programy szkolne nie osiągają założonych celów. W takim stanie rzeczy jedni skupili się na ich doskonaleniu, wskazując na liczne i trudne do spełnienia warunki skuteczności (na przykład długotrwałość czy wysokie kwalifikacje realizatorów). Inni zaś zaczęli szukać sojuszników w rodzicach, słusznie dostrzegając, że ich wpływ ukształtował i ciągle kształtuje wychowanków. Przez ostatnie dwadzieścia lat rozwoju profilaktyki postulat większego udziału rodziców w edukacji na tematy dotyczące płciowości jest coraz silniej artykułowany i poddawany badawczej refleksji. Coraz bardziej dojmująca jest wszelka nieobecność rodziców w działaniach zamierzonych dla dobra ich dzieci i coraz większa świadomość ich niezbędności. Formułuje się nawet postulat, że bez tej obecności wszelkie działania ochronne czy interwencyjne ze strony społeczności pozostaną nieskuteczne, angażując siły i pieniądze bezowocnie.
    Współpraca z rodzicami jest niezbędna i stanowi kluczowy warunek powodzenia współczesnej profilaktyki. Wypada zatem zapytać o przyczyny tej nieobecności i warunki obecności. Co robić, a może czego też nie robić, aby uzyskać tak zasadniczą współpracę ze strony rodziców? Na ten temat mam garść własnych przemyśleń, jako współautor jednego z pierwszych polskich oryginalnych programów "profilaktyki domowej", ale też oprę się na rezultatach badań, które wielokrotnie dotykają tego tematu.

Pierwszeństwo rodziców

    Zasadniczym punktem odniesienia musi być uznanie pierwszeństwa rodziców w sprawach wychowania. Oznacza to, że nie państwo (czyli inni ludzie "oświeceni"), ale sami rodzice mają określać system wartości wychowawczych, pożądane zachowania swych dzieci i cele wychowania. Ta zasada nie ma jedynie uzasadnienia ideologicznego (choć i takie można często spotkać, choćby w większości systemów religijnych), ale całkowicie naturalne. Jeżeli poddamy refleksji osobową i podmiotową naturę ludzką i ustalimy, w jaki sposób kształtuje się człowiek, zauważymy, że wszelkie wpływy pozarodzicielskie są wtórne, mniej ważne, płytsze. Wcale nie zmienia tego faktu konieczna faza rozwoju człowieka polegająca na świadomym ustosunkowaniu się do osobistego dziedzictwa. Mogę nie przyjąć spadku, ale przez to pozostaje on spadkiem. O tym, jak trudno jest zastąpić rodziców, wiedzą wszyscy ci, którzy badają procesy adopcji czy inne sytuacje pozbawienia człowieka wpływu rodzicielskiego (jak zaniedbanie czy sieroctwo społeczne).
    Rodzice nie mogą być traktowani przez profilaktyków przedmiotowo, jako wehikuł przydatnych treści profilaktycznych. Taka ich rola byłaby bowiem sprzeczna zarówno z ich osobową podmiotowością, jak i z ich rzeczywistym, naturalnym statusem zasadniczego czynnika ludzkiego rozwoju i kultury. Można tylko zaprosić rodziców do wspierania wysiłków profilaktycznych czy wychowawczych, ale próby ich podporządkowania zakończą się sromotną porażką.
    Pamiętajmy zwłaszcza o rezultacie badań wskazujących, że więź z rodzicami stanowi najsilniejszy zidentyfikowany empirycznie czynnik chroniący przed wszelkiego rodzaju zaburzeniami.
    Aby zatem spełnić ten podstawowy warunek, należy bezwzględnie przestrzegać zasady pierwszeństwa rodziców w określaniu celów i form wychowania ich dzieci - nawet wtedy, gdy te formy i zasady nam nie odpowiadają. Jedyną rzeczywistą barierą może tu być działanie wprost na szkodę dziecka w sensie przemocy, zagrożenia życia lub zdrowia, i to w sposób ewidentny. Nie może to natomiast być jakakolwiek sofistyka odwołująca się do tej zasady. Zawsze należy domniemywać rację rodziców. Doświadczanie przez nauczyciela braku rodzicielskiej troski przez niektórych rodziców staje się przesłanką do lekceważenia wpływów pozostałych. Tymczasem bez rodziców nic się nie uzyska. Ani w tej, ani w innych zasadniczych sprawach. Można oczywiście uzyskać jakieś rezultaty doraźne, powierzchowne czy destrukcyjne, ale nie uzyska się trwałego skutku doskonalącego dziecko w żadnej dziedzinie wychowania. Potwierdza to systematycznie praktyka i potwierdzają badania.

Konieczność wsparcia rodziców

    Wpływ rodziców, choć tak niezbędny, nie jest przecież absolutny. Są tylko ludźmi, a zatem nawet występując w roli zasadniczej przyczyny zachowują granice swego wpływu. Działają na swoją ludzką miarę. Mieści się w tym też słabość czy brak przygotowania. Okazuje się jednak, że te deficyty można zapełnić. Znane są liczne udane programy ogólnego podwyższania umiejętności wychowawczych rodziców. Oprócz tego znane są też stosunkowo rzadsze przykłady programów specyficznie skierowanych na współdziałanie rodziców w edukacji na temat płci, zachowań seksualnych, rodziny. Okazuje się bowiem, że rodzice wykazują dość łatwe do sprecyzowania deficyty utrudniające im skuteczne wychowanie prorodzinne. Są to na przykład trudności komunikacyjne. Naturalnym stanem dla relacji dziecko - rodzic jest komunikacja niewerbalna, modelowanie, nawiązywanie relacji. To powoduje, że w dziedzinie komunikacji refleksyjnej, uwarunkowanej kulturowym wyposażeniem rodziców wiele można ulepszyć. Notowano spore sukcesy w projektach kształtujących rodzicielską umiejętność poruszania trudnych zagadnień płci. Znacznie trudniejszą jest problem wiarygodności. Otóż rodzice są świadomi, że dzieci dobrze znają ich życie codzienne. Wiedzą, że nie da się ich oszukać. Zatem często zaproszenie rodziców do wspólnej przygody edukacyjnej oznacza w wypadku tego przedmiotu zaproszenie do rewizji praktyki życiowej. Każdy, kto jako dorosły człowiek próbował coś zmienić w swoim stylu życia wie, jakie to trudne zadanie. Poniekąd, aby uruchomić czynniki rodzicielskie w edukacji prorodzinnej, trzeba z pokorą i cierpliwie oferować rodzicom niezwykle wiarygodne i przemyślane formalnie treści edukacyjne, odpowiadające ich doświadczeniom i osobistym dyspozycjom. Czyni to cały proces dość zindywidualizowanym i pracochłonnym.
    Oczywiście, wszystko to pokazuje skalę trudności, które mogą skłaniać do porzucania myśli o opieraniu się na rodzicach w wychowaniu prorodzinnym. Pamiętajmy jednak, że jest to warunek skuteczności! Bez niego nie uzyskamy tego, o co zabiegamy. Niestety, muszę zmartwić amatorów łatwych sukcesów. Staranne badania ewaluacyjne, a także obserwacja codzienna potwierdzają, że jest to droga donikąd. Nie uzyskuje się nawet tych prostych celów, o jakie się zabiega w ramach uproszczonego modelu.
   Zatem widzę pilną konieczność analizowania i adaptacji tych wszystkich doświadczeń, nawet dość licznych, które praktycznie udowodniły możliwość udziału rodziców w edukacji na tematy tak zasadnicze i ważne życiowo. Stanowczo zbyt mało się o nich wie i mówi w środowiskach oświatowych.

Krzysztof A. Wojcieszek