|
Zamyślenia ks. Marka

Kochać i być
kochanym czy żyć bez miłości? Odpowiedź na to pytanie oznacza
dla człowieka wybór między życiem a śmiercią. Dosłownie. Przed
kilku laty w czasie spotkania w jednej z radomskich szkół
średnich pewien szesnastolatek podszedł do mikrofonu i w obecności
swoich nauczycieli oraz sześciuset kolegów obojętnym głosem
wyznał, że od roku pije piwo i inne napoje alkoholowe wiedząc,
iż w ten sposób wchodzi na drogę alkoholizmu. Zdaje sobie
też sprawę, że takie postępowanie prawdopodobnie doprowadzi
go do śmierci. Zrozumiałe, że po tego typu wyznaniu zapanowała
zupełna cisza i konsternacja w sali gimnastycznej, wypełnionej
po brzegi pedagogami i młodzieżą. Następnie zebrani usłyszeli
bardzo konkretne pytanie: "Proszę księdza, dlaczego miałbym
sobie nie szkodzić, skoro nikt mnie nie kocha? Mama wyjechała
rok temu do Włoch i dotąd nie napisała nawet jednego listu.
Nie zależy jej na moim losie. Tata jest alkoholikiem. On nie
potrafi kochać nawet samego siebie. Ja też już siebie nie
kocham i zupełnie jest mi obojętne to, co się ze mną stanie".
Ów szesnastolatek miał rację. Jeśli człowiek nie jest kochany
i sam nie kocha, to jego życie nie ma sensu. Wcześniej czy
później każdy człowiek żyjący poza miłością popadnie w rozpacz,
w zupełną obojętność na swój los i zacznie wyrządzać sobie
krzywdę. Czasem aż do samobójstwa włącznie.
Żyjemy w czasach, w których
na naszym kontynencie każdego roku zabija się miliony ludzi
tak, jakby trwała tu jakaś okrutna wojna. Lecz ci zabici nie
są ofiarami wojny. Są ofiarami braku miłości. Umierają, gdyż
nie są kochani. Dramatycznym przykładem jest zabijanie niemowląt
w łonie matki. Te niemowlęta nie są chronione ani miłością
rodziców, ani miłością lekarzy czy polityków. Na naszych oczach
pojawił się nowy dramat, zupełnie dotąd niewyobrażalny i nie
mający precedensu w historii ludzkości. Oto w Europie są już
takie miejsca, gdzie legalnie można zabić nie tylko nie narodzone
niemowlęta, ale także niewinnych, dorosłych ludzi. W języku
poprawności politycznej nazywa się to eutanazją. Zabijanie
ludzi chorych i starszych odsłania do końca fakt, że poza
miłością człowiek nie ma szans na życie i na przeżycie. Oto
ludzie, którzy nie kochają - konkretni politycy, socjolodzy
i ekonomiści - obliczyli, że w obliczu niżu demograficznego
za kilkanaście lat państwa naszego kontynentu będą musiały
desygnować ogromną część swoich budżetów na emerytury i opiekę
medyczną dla ludzi starszych. W tej sytuacji wpadli na pomysł,
by już teraz doprowadzić sporą grupę ludzi w starszym wieku
do takiej desperacji, by sami poprosili o śmierć. Oczywiście,
prawdziwym rozwiązaniem problemu gwałtownego starzenia się
społeczeństw byłoby obdarowanie życiem większej ilości dzieci.
Ale takie rozwiązanie wymaga znalezienia ludzi zdolnych do
tego, by kochać i to kochać miłością małżeńską i rodzicielską.
Z taką miłością europejska cywilizacja walczy otwarcie. Ponadto
eutanazja to nie tylko wynik braku miłości w wymiarze społecznym
i politycznym. To także konsekwencja braku miłości w wymiarze
indywidualnym i rodzinnym. To sytuacja, w której nie ma miejsca
w naszych sercach i naszych domach dla starzejących się rodziców
i dziadków. Jednak pieniądze "zaoszczędzone" w tak okrutny
sposób nikogo nie uszczęśliwią. Zostaną wydane na alkohol,
narkotyk, na zaspokojenie sztucznych potrzeb czy na toksyczną
pogoń za dobrobytem materialnym, kosztem dobrobytu duchowego
i moralnego.
Wszędzie tam, gdzie brakuje
miłości lub gdzie ona zamiera, przychodzi śmierć pod różnymi
postaciami: od wojen do samobójstw, od dzieciobójstwa do eutanazji.
Także śmierć zamaskowana, śmierć na raty, np. w postaci alkoholizmu
czy narkomanii. Każda cywilizacja, która nie opiera się na
miłości i która nie uczy miłości, buduje królestwo przemocy
i rozpaczy. Jest skazana na to, by stać się cywilizacją śmierci.
ks. Marek Dziewiecki
ks. Marek Dziewiecki - dr psychologii, prodziekan Wydziału Teologicznego
UKSW w Radomiu |