Podczas pobytu w Krakowie znacznie lepiej zrozumiałem hasło "jestem dumny, że jestem Polakiem". To pierwsza moja wizyta w Polsce. Byłem zachwycony miastem, jego wspaniałymi kościołami, historycznymi pałacami. Lecz również coś innego zwróciło moją uwagę, wywołując nawet głębszy niepokój. Wśród pięknych zabytków przeszłości zauważyłem bardzo wątpliwe świadectwa teraźniejszości. Chodzi mi o widoczne wszędzie plakaty reklamowe amerykańskich filmów. Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby reklamowane były same dobre filmy. Niestety, najbardziej widoczne były reklamy takich filmów, jak: "Demolition Man" - głupi i pełen gwałtu film ze Sylwestrem Stallone i Wesleyem Snipesem w rolach głównych, który dobrze ilustruje miłość Hollywoodu do gwałtu i przemocy, albo "Spójrz, kto to mówi III" - film z Johnem Travoltą, szczególnie głupi, bynajmniej nie dlatego, że pokazywał psy mówiące ludzkim głosem, ale dlatego, że będąc filmem bożonarodzeniowym dla dzieci, gloryfikował i popularyzował stosunki pozamałżeńskie rodziców, co jest szczególnie nieodpowiedzialnym działaniem ze strony producentów.
     Oczywiście nie chcę twierdzić, że parę głupich, amerykańskich filmów zniszczy Kraków. To wspaniałe miasto i ten nieujarzmiony kraj wyszły z wielu cięższych opresji. Ale czy to nie ironia losu, że gdy komunizm jest na śmietniku historii, tak wielu rodziców spogląda ze strachem na potężny amerykański przemysł rozrywkowy jako na siłę destrukcyjną? Amerykańska rozrywka wspierała kiedyś wartości, które rodzice chcieli przekazać swoim dzieciom. Teraz jednak podkopuje te same wartości i promuje poglądy, które nasze dzieci, miejmy nadzieję, nie przejmą.
     Ameryka, na którą słusznie patrzyło się jak na kolebkę nadziei, jest teraz producentem bezwartościowych, wulgarnych i destrukcyjnych przekazów propagujących seks i przemoc. Czy nie zakrawa na ironię losu, że rodzice w Polsce, która broniła swoich wartości moralnych przez 40 lat, są zmuszeni teraz bronić się przed inwazją wszechwładnego przemysłu rozrywkowego? Nie sugeruję bynajmniej, iż głupota Hollywoodu może być porównywana z okropnościami i zbrodniami komunizmu. Ale ponieważ wpływy przemysłu rozrywkowego są tak potężne i tak kuszące, walka z nimi może być jeszcze cięższa. Jest to walka, którą toczy wiele rodzin i wielu młodych ludzi na całym świecie. Nie mówię o tych sprawach tylko tu, w Polsce, mówię o nich też w Ameryce, w Hollywood; i możecie sobie wyobrazić, że nie jestem tam najpopularniejszym krytykiem filmowym. Niektórzy z moich kolegów z branży posunęli się nawet do tego, że nazywają mnie nazistą, co jest dla mnie szczególnie bolesne, gdyż jestem Żydem i moi rodzice wycierpieli wiele z rąk nazistów. Myślę jednak, że musimy wskazywać ludziom, jak walczyć z tego rodzaju wpływami, jak bronić swoich wartości przed inwazją przemysłu rozrywkowego.
     Co odpowiadają ludzie Hollywood, kiedy stawia się im zarzuty co do treści ich filmów? Zazwyczaj podają trzy argumenty. Po pierwsze, nie powinniśmy się w ogóle przejmować wpływem filmów i telewizji, gdyż jest to po prostu rozrywka i zabawa, która nie ma wpływu na nikogo. Po drugie, przemysł rozrywkowy, jak każdy inny w kapitalizmie, musi na siebie zarabiać. Trzecim argumentem jest tak zwane powołanie artysty, by opisywać świat jakim on jest, a nikogo przecież nie można winić za przykrą rzeczywistość. Chciałbym teraz wyjaśnić, jak najlepiej reagować na takie argumenty i dlaczego uważam je wszystkie za gigantyczne kłamstwo. Pierwszy argument jest czystą hipokryzją. Ludzie, którzy tworzą filmy, sami w to nie wierzą. Przekonałem się o tym dobitnie, kiedy uczestniczyłem w spotkaniu panelowym, na którym byli obecni szefowie trzech największych studiów filmowych Hollywood. Jeden z nich, który ciągle atakował mnie i moją pracę, powiedział: "problem Michaela Medveda polega na tym, że zawsze koncentruje się na negatywnych aspektach naszej pracy, a nigdy nie zauważa pozytywów. Na przykład nasz film "Śmiertelna Broń III" ocalił tysiące istnień ludzkich". Ponieważ nie potrafiłem znaleźć żadnego pozytywnego przesłania w tym filmie, poprosiłem go, by wyjaśnił mi, o co chodzi. Okazało się, że chodzi o kluczową scenę pościgu samochodowego. Dwaj bohaterowie, Deeny Glover i Mel Gibson, wsiadając do samochodu zapinają pasy, co pokazuje długie zbliżenie. Otóż prezes poważnego studia filmowego chce, żebyśmy uwierzyli, że pokazując przez trzy sekundy scenę z zapinaniem pasów da widzom pozytywny przykład, natomiast pozostałe 99 procent filmu: strzelanina, sceny przemocy i gwałtu zostaną bez wpływu! Jednym słowem sugeruje, że ludzie, którzy przyszli na film przesypiają go, budząc się jedynie na scenę zapinania pasów! To rodzaj rozumowania typowy dla przemysłu rozrywkowego. Jeśli widzieli Państwo ceremonię rozdania Oskarów, zauważyliście na pewno, jak bardzo oni wszyscy są zadowoleni z siebie. Chwalą się nawzajem za te wspaniałe filmy, które zrobili. Lecz nikt nie wspomina o setkach bezwartościowych produkcji, które w tym czasie zrobili ci sami ludzie! Powstaje tak wiele filmów, które mają nas poruszyć: o ochronie środowiska, filmy polityczne, obyczajowe. A potem ci sami ludzie, kręcąc obrazy pełne seksu i przemocy twierdzą, że film nie wpływa w żaden sposób na ludzi. Cóż to za nielogiczny argument! Jest to szczególnie widoczne, jeśli przyjrzymy się telewizji. Zasada jej funkcjonowania opiera się na 30- i 60-sekundowych wstawkach reklamowych. Mają one za zadanie wpłynąć na nasz stosunek do reklamowanego obiektu, począwszy od artykułów spożywczych, skończywszy na politykach. A godzinne programy przed i po reklamach nie mają na nas żadnego wpływu? Jednym słowem, ludzie śpią przed telewizorami, by obudzić się specjalnie na wstawki reklamowe.
     A teraz inne pytanie zadawane często przez młodych ludzi. Twierdzą oni, iż mimo że oglądają filmy pełne seksu i przemocy, nadal są dobrymi ludźmi, nie wpływa to na nich destrukcyjnie. Można na to odpowiedzieć takim przykładem. Na pewno prawie wszyscy widzieliśmy reklamy Mercedesa; z drugiej strony niewielu z nas posiada ten samochód. Nie znaczy to przecież wcale, że te reklamy nie miały na nas żadnego wpływu. Mercedes nie musi sprzedać swoich samochodów wszystkim. Fakt, że ich reklamówki nie wpłynęły na decyzje większości, nie jest jednoznaczny z twierdzeniem, że nie wpłynęły na nikogo. Nawet mały procent ludzi będących pod wpływem negatywnych przykładów ma wielki wpływ na resztę społeczeństwa. Nawet nie kupując reklamowanego samochodu, nadal jesteśmy pod wpływem reklamy. Wyznacza ona bowiem samochód jako symbol statusu społecznego, prestiżu; i tak też się dzieje z destrukcyjnymi wartościami gloryfikowanymi w filmach przemocy. Prawdziwa potęga mediów polega na tym, że to one wskazują nam, co ma być normalne. Jak bardzo destrukcyjne może być następujące przesłanie do młodych ludzi: jeśli nie jesteście aktywni seksualnie w wieku piętnastu lat, to coś jest z wami źle, nie radzicie sobie w życiu. Przemysł rozrywkowy coraz częściej podaje nam nie to, co jest akceptowane, czego się oczekuje, lecz narzuca własne wzorce do naśladowania.
     Drugim kłamstwem używanym często przez ludzi Hollywood jest tłumaczenie, że podają po prostu publiczności to, czego ona oczekuje. Na pierwszy rzut oka takie tłumaczenie wydaje się sensowne, bo producenci chcą przecież zarabiać, a nie tracić pieniądze. Lecz można podać parę przykładów, które wykażą, że także to jest kłamstwem. Wielkim problemem w Stanach Zjednoczonych jest język filmów. Według ostatnich badań opinii publicznej 80% Amerykanów martwi wulgarny język używany w filmach. 80% Amerykanów uważa, że język filmów ich obraża! Jednak uporczywie pojawia się on w filmach, nawet w filmach dla dzieci, jak we wspomnianym "Spójrz, kto to mówi", mimo że nie domaga się tego publiczność. Nie jest to czynnik napędzany przez wolny rynek. Ostatnio widziałem film "Biały Kieł II", który niedługo wejdzie na ekrany w Stanach Zjednoczonych. Czarnym charakterem jest tam ksiądz. Na początku wydaje się być całkiem miłą osobą, ale później okazuje się, że chce wymordować wszystkich Indian. Zamiast wydawać pieniądze na ten film, lepiej przekazać je na jakiś cel dobroczynny. Wrogość w stosunku do religii w filmach hollywoodzkich jest coraz bardziej obecna. Dobrym tego przykładem jest film "Papież musi umrzeć". Poprzedziła go wielka kampania reklamowa, a mimo to nikt go prawie nie obejrzał. Film nie był interesujący, był po prostu obraźliwy. Poprosiłem tych ludzi, aby wymienili mi jeden film tego typu zrobiony w ostatnim dwudziestoleciu, który zarobiłby choć centa. Nie potrafili wymienić żadnego, bo przedsięwzięcia te zawsze kończyły się klęską. W rzeczywistości producenci ignorują oczekiwania publiczności! Wszystko to dlatego, że ludzie w Hollywood chcą być traktowani poważnie, jak prawdziwi artyści.
     Wyniki moich badań statystycznych są bardzo zastanawiające. W Stanach Zjednoczonych wszystkie filmy są klasyfikowane pod kątem ich treści. Filmy dla dzieci są oznaczane literkami GGP, a dla dorosłych R. Filmy dla dorosłych, zrobione w ostatnich latach stanowią aż 60% wszystkich filmów i procent ten stale wzrasta. Można by więc pomyśleć, że właśnie te filmy zarabiają najlepiej. A jest to nieprawda! Te same badania wskazują, że filmy dla dzieci zarobiły znacznie więcej pieniędzy. Czyli producenci nie kierują się wcale preferencjami publiczności, oni ją ignorują. Znany producent Samuel Goldwin już dawno powiedział, że lepiej sprzedać cztery bilety całej rodzinie, niż tylko dwa dla samych rodziców. To prosty rachunek ekonomiczny. Jednak Hollywood zakochane w przemocy i seksie - wbrew temu, co twierdzi - nie uwzględnia go. Ludzie Hollywood tłumaczą to często za pomocą innego argumentu, który jest chyba najbardziej destrukcyjnym i niebezpiecznym kłamstwem. Często można usłyszeć z ich ust twierdzenie, że może nie dają publiczności tego, czego ona oczekuje, ale jako filmowcy mają przede wszystkim obowiązek opisywania rzeczywistości. Kiedy pokazujemy gwałtowne sceny, nie można nas za to winić, gdyż świat, w którym żyjemy, właśnie taki jest. Lecz jeśli porównamy liczbę ludzi, która była bezpośrednimi świadkami morderstwa i liczbę ludzi, którzy wielokrotnie widzieli sceny morderstw w telewizji, uświadomimy sobie, że filmy nie odzwierciedlają rzeczywistości.
     Ostatnio grupa naukowców badała materiał złożony z 60 000 godzin programów telewizyjnych. Wykazali oni, że prawdopodobieństwo morderstwa w filmie jest tysiąckrotnie wyższe niż prawdopodobieństwo morderstwa w prawdziwym życiu. W rzeczywistości znacznie więcej ludzi ginie w wypadkach samochodowych.
     Jeśli oglądamy Amerykę przez pryzmat filmów, może się wydawać, że żyją tam same mniejszości seksualne, a przeciętny Amerykanin co chwila zmienia swojego partnera. Jest to fałszywy obraz i udowadniają to statystyki. Według ostatnich badań na temat zachowań seksualnych w sumie 4% Amerykanów miało więcej niż jednego partnera. Tak więc media zniekształcają rzeczywisty obraz życia, a nie opisują go.
     To samo odnosi się do życia religijnego. Stany Zjednoczone Ameryki są jednym z bardziej religijnych krajów świata zachodniego. Według statystyk około 40-50% wszystkich Amerykanów chodzi regularnie do kościoła lub do synagogi. Wszyscy pewnie słyszeli o Superball - pucharowych rozgrywkach futbolu amerykańskiego. Rozgrywki te ogląda co niedziela 140 tys. Amerykanów, ale w tę samą niedzielę więcej ludzi idzie do kościoła! I to w każdą niedzielę, przez cały rok. Niestety, nie mamy okazji oglądać tego na filmach czy w telewizji. Co niedziela pięciokrotnie więcej ludzi idzie do kościoła niż do kina. Jednak nigdy nie widzi się w filmach ludzi modlących się. Filmy bowiem nie opisują rzeczywistości, one ją umiejętnie zniekształcają. Choć nie twierdzę, że film zawsze powinien dokładnie odzwierciedlać rzeczywistość.
     W latach 30. i 40., w tak zwanym "złotym wieku" Hollywood, kiedy film cieszył się wielkim prestiżem i popularnością jako nowe medium, nakręcono wiele filmów tanecznych z Ginger Rogers i Fredem Astaire’m. A były to czasy Wielkiego Kryzysu i filmy te na pewno nie pokazywały rzeczywistości. Jednakże między tamtymi a dzisiejszymi filmami istnieje wielka różnica. Filmy "złotego wieku" zmieniały rzeczywistość, by dać ludziom więcej nadziei, radości, by dać im pozytywne przykłady, na których mogliby się wzorować. Dzisiaj zbyt wiele filmów koncentruje się na negatywnych stronach życia. pokazują one ludzi znacznie mniej życzliwych, szlachetnych i dobrych niż nasi przyjaciele i sąsiedzi. To tworzy pewien klimat pesymizmu i przeświadczenie, że świat jest z gruntu zły.
     Przedstawiłem tu trzy fundamentalne kłamstwa, jakimi posługują się ludzie przemysłu rozrywkowego. Jak je zwalczać? Jedyny i najprostszy sposób to mówienie prawdy. Musimy być zawsze świadomi, że przesłania emitowane w telewizji czy w filmach mają na nas pewien wpływ. Trzeba starać się selekcjonować obrazy, jakie sobie przyswajamy. W czasach, kiedy tak wielu ludzi dba o zdrowe odżywianie się czy o ilość cholesterolu, musimy też dbać o obrazy i wartości, które później wchłaniają nasze umysły i nasze dusze. Opinia na całym świecie powinna się zmobilizować i wywierać naciski na producentów. Przekonanie o tym, że nic nie można zrobić w tym celu, bo Hollywood jest poza zasięgiem krytyki, jest fałszywe. Trzeba głośno krytykować to co złe, ale chwalić też dobre filmy. Można pisać do Hollywood listy z opiniami; jeśli w jednej sprawie przychodzi ich bardzo dużo, są traktowane poważnie. Najgorsze rozwiązanie to pasywne przyjmowanie wszystkiego, co zechce nam podać przemysł rozrywkowy.
      Bardzo ważna kwestia to zdolność do korygowania w swoim umyśle zdeformowanej rzeczywistości. Należy zawsze pamiętać, że wizja świata, gdzie króluje przemoc i seks, jest tylko wizją przemysłu rozrywkowego, a nie rzeczywistością. Jeśli spędzamy zbyt wiele czasu w ciemności, tracimy zdolność spostrzegania świata. Nie potrafimy spostrzec wtedy cudów, które dzieją się wokół nas. A przecież żyjemy w wieku cudów! Świat zrobił naprawdę wielki postęp, ludzie żyją dłużej i lepiej. Powinniśmy być za to wdzięczni. Ale jeśli będziemy oglądać świat przez pryzmat telewizji, nigdy tego nie zobaczymy. Zobaczymy natomiast świat w pościgu za dobrami materialnymi, pełen gwałtu i bez wartości. Wiem, że telewizja rozwija się teraz w Polsce bardzo szybko. Może to być medium bardzo pomocne, inspirujące i pouczające, ale tylko wtedy, gdy będziemy traktować je krytycznie. Według danych statystycznych przeciętny Amerykanin ogląda telewizję 28 godzin tygodniowo. Oznacza to, że spędza on przeciętnie przed telewizorem 13 lat swego życia! to naprawdę tragiczne dane. Nie sugeruję, żeby w ogóle nie oglądać telewizji, gdyż może być inspirująca, ale myślę, że jedna godzina dziennie z powodzeniem wystarczy. Resztę poświęćmy na wzmocnienie więzi rodzinnych, dla przyjaciół, na czytanie książek, na spacery, na służbę ludziom i Bogu. I cieszmy się z tego pięknego świata, który dał nam Pan.

Michael Medved
Michael Medved - krytyk filmowy (USA)

Tłum. Tomasz Ostaszewicz
(Tekst z: XVIII Międzynarodowego Kongresu Rodziny, Warszawa 14-17 kwietnia 1994)