czyli zagubione ogniwo reformy edukacyjnej

Przed nami letnia rekrutacja uczniów do szkół podstawowych, gimnazjów, liceów, techników, szkół zawodowych. Wcześniej zaś - w maju - ustala się projekty organizacji danej szkoły na rok szkolny 2005/2006. Czasami, w zależności od sytuacji i potrzeb, tworzy się jeszcze tzw. aneksy, które ustalają ostateczną liczebność klas i poziom zatrudnienia kadry pedagogicznej. Jest więc czas na podjęcie problemu liczebności uczniów w klasach, a zarazem przyjęcie odpowiednich ustaleń jeszcze na rok szkolny 2005/2006, aby powstały warunki umożliwiające prawidłowe kształcenie i wychowanie dzieci i młodzieży.

Bywają sytuacje, kiedy w gimnazjum liczba uczniów przekracza 30, a nawet 35. W liceach, technikach, szkołach zawodowych liczba ta dochodzi do 40. Głośna była sytuacja w Przemyślu, gdzie w ubiegłym roku ustalono górny próg na 42 osoby, bo... nie ma więcej rubryk w dziennikach szkolnych. Sytuacja została doprowadzona do absurdu, tracą zaś na tym i uczniowie, i nauczyciele. Jak bowiem w tak licznej klasie choćby w niedużym stopniu zindywidualizować poziom wymagań, nadać relacjom uczeń - nauczyciel bardziej podmiotowy wymiar?
W sprawie tej zabraliśmy głos w czerwcu 2004 roku - wraz z ministrami edukacji z rządu Jerzego Buzka: Mirosławem Handke, Edmundem Wittbrodtem i Ireną Dzierzgowską. Apelowaliśmy wówczas, aby nie wykreślać ustawowego zapisu, który zobowiązywał ministra edukacji do prawnego określenia owych progów. Zwracaliśmy uwagę, że ta sytuacja praktycznie uniemożliwia wdrażanie programów wychowawczych i profilaktycznych, eliminuje możliwość rzetelnego porównania jakości pracy szkół (np. wyników egzaminów zewnętrznych), gdy będą występowały tak różne warunki pracy i dysproporcje między ofertą szkół w dużych miastach a szkołami prowadzonymi przez samorządy słabsze finansowo. Sygnalizowaliśmy, że państwo nie może uchylać się - także w wymiarze finansowym - od odpowiedzialności za wysoki i porównywalny poziom nauczania i wychowania w różnych miejscach Polski.

Nie udało się nam wdrożyć owych limitów w latach 1997-2001, nie udało się też w obecnej kadencji, mimo że sytuacja stała się łatwiejsza z uwagi na drastyczne (prawie o 40%) zmniejszenie się liczebności uczniów w szkołach. Jednak w sytuacji, gdy latem 2004 roku wykreślono ów ustawowy zapis o obowiązku wdrożenia standardów edukacyjnych, wydaje się, że nadszedł czas, aby wypracować i wymusić w oświacie respektowanie odpowiednich standardów.

Przyjęcie takich progów - oczywiście tam, gdzie są dzisiaj przekraczane - wymaga dodatkowych pieniędzy, tym bardziej, że roczny koszt utrzymania jednej klasy to kwota rzędu 70-80 tys. zł. Wymaga to niezbędnego wzrostu nakładów na oświatę, która jest niedofinansowana (poza wzrostem płac) o kwotę co najmniej 1,5-2 mld zł. Pieniądze, a właściwie ich niedostatek, nie mogą być jedynym wytłumaczeniem w tej sprawie. Stąd może będzie konieczne wprowadzenie okresu przejściowego, umożliwiającego wdrożenie docelowo owego górnego progu (ok. 26 uczniów) w perspektywie 2-3 lat. Ale niech przynajmniej rozpoczną się konkretne działania w tym kierunku. Niech pojawi się konkretna deklaracja w strategii danego samorządu, że np. w roku szkolnym 2005/2006 próg maksymalny wyniesie 30 uczniów, w roku szkolnym 2006/2007 - 28 uczniów, itd.

Brak owych progów stał się zapomnianym (niechcianym) ogniwem reformy edukacyjnej. Skoro nie udało się to rządzącym, może sprawę należy wziąć w swoje ręce i wypracować w dialogu z samorządami terytorialnymi standardy społeczne. Wymaga to aktywności i odwagi uczniów i rodziców - w tym radnych samorządów terytorialnych, a także środowiska dyrektorów szkół, nauczycieli-wychowawców, nas wszystkich. I o to apeluję - prosząc o podpisanie się pod załączoną petycją.

Wojciech Książek


Wojciech KsiĄŻek - przewodniczĄcy "Solidarności"
oświatowej w regionie gdańskim, b. wiceminister edukacji narodowej