Powiedzenie: "żebyś cudze dzieci uczył" brzmi jak złorzeczenie wrogowi - życzymy mu trudu, który winien być nader przykry i długotrwały. Słuchając wypowiedzi niektórych nauczycieli mam wrażenie, że owo złorzeczenie spełniło się u nich w całej mierze. Nie wiem tylko, kto temu winien, owe "cudze dzieci" czy też oni sami, bo trafili do takiej pracy, której wykonywać nie powinni. A w każdej szkole są dzieci mające podobne przeżycia jak opisana niżej Emilka. Ona też jest "cudzym dzieckiem". Życzę jej i wielu dzieciom do niej podobnym, żeby spotkały w szkole nauczycieli, dla których nauczanie nie jest spełnieniem złorzeczenia. Nauczycielom zaś życzę doświadczenia prawdy, iż przyjęcie dziecka, zrozumienie go i wprowadzanie w świat dorosłego życia jest błogosławieństwem.

Była "szarą myszką", cicha, skromna, grzeczna. Ani klasowy prymus, ani "osiołek". Niczym się nie wyróżniała, nie przyciągała uwagi... Sama nie zgłaszała się prawie nigdy, ale wyrwana do odpowiedzi mówiła rzeczowo, spokojnie, jakby z głębi czegoś, co nosiła w sobie, a co trudno było dostrzec pod powłoką zwyczajności. Kiedyś podczas rekolekcji adwentowych rekolekcjonista opowiadał o wizycie świętego Mikołaja w Domu Dziecka. Oczy Emilki napełniły się łzami.

Nikt nie wiedział, że Emilce w domu trudniej jest niż niejednemu dziecku z rekolekcyjnej opowieści. Nikomu o tym nie mówiła. Nikt nie pytał, a ona sama nie wiedziała, jak zacząć i po co ma mówić. Bardzo ich kochała, tych swoich rodziców, takich dziwnych i... obcych. Ale coś w niej pękło w przededniu Pierwszej Komunii Świętej. Nie, nie płakała, nie oskarżała... po prostu tego było już za dużo. Musiała to komuś opowiedzieć. Mała, grzeczna, niepozorna Emilka mówiła głosem dorosłej kobiety, która umie kochać i współczuć tam, gdzie wielu ani miłości, ani współczucia w sobie by nie znalazło.

Wiedziała, że w tę niezwykłą niedzielę przyjdzie do kościoła sama. Mama i tata, cóż... dawno zapomnieli już tam drogi.

Kochała ich, nie chciała, żeby ktoś śmiał się z ojca, który po pijanemu zachowuje się jak błazen, i z mamy, która tak dziwnie przytula się do obcych panów, i tyle czasu z nimi spędza, a jak już sobie pójdą, to też pije, a potem śpi, i śpi, i śpi... Nie zapraszała do siebie dzieci z klasy. Swojej wychowawczyni też nic nie mówiła. Uczyła się dobrze, była grzeczna... Pani nigdy o nic nie pytała. Czasu nie miała. Zawsze przy jej biurku były inne dzieci… Tak, lubiła swoją panią bardzo. Czasem wieczorami marzyła o tym, że pani jutro ją zauważy, odezwie się do niej, pochwali, może nawet przytuli, jak inne dzieci... Chwilami zazdrościła tym najbardziej przez panią lubianym.

Poprosiłam jej panią, żeby przyszła w tę niedzielę do kościoła, ale pani nie miała czasu. Prawie cała klasa przystępowała do I Komunii Świętej w innym kościele. Trzeba iść tam, gdzie jest więcej dzieci, a poza tym w tę opowieść Emilki pani nie bardzo wierzyła, przecież ona taka zwyczajna, grzeczna. Dzieci z patologicznych rodzin są inne...

Do kościoła Emilka przyszła w towarzystwie swojej koleżanki z bloku i jej mamy. One wiedziały. Przygotowały sukienkę, wianuszek, potem nawet zrobiły sobie z nią zdjęcia. A jej jakby tam nie było... tyle w niej było czekania...

Po trzech tygodniach, tuż przed zakończeniem roku szkolnego, przestała chodzić do szkoły. Wyprowadzili się do innego miasta, może dzielnicy? Tego pani wychowawczyni nie wiedziała, przecież... tyle było innych dzieci w klasie.

Nieraz myślałam o tym, do jakiej klasy trafiła ta mała. Czy ktoś domyśli się, co przeżywa taka "szara myszka" o niezwykłym sercu i spojrzeniu? A może spotkała tam panią, która pewnego dnia niespodziewanie zauważyła ją wśród wielu innych dzieci w klasie, przytuliła i... zrozumiała bez słów?

s. M. Urszula Kłusek SAC