Rozmowa z Ewą Janicką, wolontariuszką Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego

- Co Panią zmotywowało do wyjazdu do Ugandy?
- Kończąc szkołę średnią zastanawiałam się, co chcę robić dalej w życiu, jak mogę najpełniej się realizować. Dlatego też moją ostatnią pielgrzymkę przed maturą oddałam Panu Bogu, prosząc o rozsądną decyzję. W Częstochowie weszłam do księgarni św. Pawła i tam dostrzegłam gazetkę misyjną. Poczułam, że właśnie otrzymałam odpowiedź od Pana Boga. Mam pojechać na misję. Decyzja ta dojrzewała przez kolejne 6 lat: klasę maturalną i 5 lat studiów pedagogicznych. W międzyczasie szukałam organizacji, dzięki której mogłabym wyjechać. Istniała tylko jedna. Co prawda, przygotowywała osoby świeckie na misje, ale tylko lekarzy i pielęgniarki, a ja przecież nie posiadałam wykształcenia medycznego. Dopiero 4 lata temu powstał Międzynarodowy Wolontariat Don Bosco i od tego czasu zaczęłam przygotowania do wyjazdu. Początkowo działałam w kraju. Stworzyłam misyjną grupę w Słupsku pod patronatem Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego. Zajęliśmy się propagowaniem tematyki misyjnej i realizacją projektów. Podczas wakacji pracowaliśmy z dziećmi i młodzieżą z Rosji i Ukrainy, a rok temu wyjechałam do Ugandy.

Po tym długim wstępie postaram się bardziej konkretnie odpowiedzieć na Pani pytanie, choć nie jest to łatwe. Nie była to bowiem jedna chwila, ale w moim rozumieniu formacja trwała o wiele dłużej. Patrząc oczami wiary, myślę, że wszystko co się działo wcześniej, było przygotowaniem mnie do wyjazdu, było częścią planu Pana Boga. Od szkoły średniej pracowałam z osobami starszymi, niedołężnymi, dziećmi z rodzin patologicznych, upośledzonymi, opuszczonymi. Myślę, że to wszystko mnie formowało, uczyło patrzeć na drugiego człowieka z troską i miłością. Zabijało obojętność i miłość własną, choć pierwszym przykładem i wzorem była na pewno dla mnie moja mama. Osoba całkowicie oddana swoim dzieciom i z troską patrząca na innych ludzi. Myślę, że powołanie rodziło się początkowo nieświadomie, a później, kiedy już otrzymałam szansę jego realizacji, musiało przejść jeszcze przez wiele wątpliwości. Z drugiej jednak strony stawało się coraz silniejsze poprzez pełniejszą świadomość rzeczywistości i problemów Czarnego Kontynentu. Ostatecznie o moim wyjeździe zadecydowało przekonanie, że to jest właśnie moja droga, na której mogę pomóc wielu istotom ludzkim i wiele się nauczyć.

- Co dał Pani pobyt w Afryce?
- Zakochałam się natychmiast w Ugandzie i jej mieszkańcach. To ludzie bardzo otwarci, serdeczni i radośni, mimo trudnych warunków, w jakich żyją. Szczególnie zachwyciłam się postawą dzieci. Dzieci w Afryce mają bardzo dużo obowiązków w domu, w polu. Czasem muszą same znaleźć pieniądze, aby utrzymać resztę rodzeństwa. Większość bowiem dzieci jest sierotami. Ludzie tam walczą, aby przeżyć, a nie żeby żyć lepiej.
Obcowanie z Ugandyjczykami, uczestniczenie w ich smutkach i radościach zmusza do głębokiej refleksji. Uświadamia, że drugi człowiek jest najważniejszy, że szczęście człowieka nie zależy od stanu posiadania, ale od czasu, który może spędzić z najbliższymi mu ludźmi. Oczywiście, każdy z nas martwi się, aby zapewnić byt rodzinie, ale czasem należy zrezygnować z jakiegoś dobra materialnego, aby osiągnąć o wiele istotniejsze dobro duchowe, np. poprzez pogłębienie swojej relacji z bliskimi. Człowiek będąc w Afryce staje się w pewnym sensie minimalistą, bo dostrzega, że wiele rzeczy, o które zabiegał w życiu, tak naprawdę nie są niezbędne, i staje się jednocześnie bardziej wolny.

- Jak na Pani życie wpłynęło doświadczenie pracy wolontariuszki w Ugandzie?
- Pobyt w Ugandzie zmienił moje spojrzenie na życie. Marzyłam kiedyś, aby zrobić karierę zawodową. Teraz wiem, że ani pieniądze, ani satysfakcja zawodowa nie wynagrodzi mi braku rodziny. Podejmując więc decyzję poświęcenia się karierze, powinniśmy zastanowić się również, czy cena, jaką zapłacimy, jest tego warta, czy będziemy potrafili znaleźć czas na życie prywatne. Jeśli tak, to jest OK, ale jeśli nie… Na to pytanie musi odpowiedzieć każdy z nas osobiście. Będąc w Ugandzie jeszcze pełniej zrozumiałam, że drugi człowiek jest najważniejszy. My, Polacy, Europejczycy, mamy ładne domy, samochody, a tak często popadamy w depresje, popełniamy samobójstwa, czujemy się samotni. Afrykańczycy są biedni, ale mają uśmiech na twarzy i czasem wydają mi się szczęśliwsi, bo zawsze są wokół nich serdeczni ludzie. Oczywiście nie chodzi o to, aby rzucić pracę i spędzać cały dzień z rodziną, a później głodować, bo szczęśliwsi są ludzie biedni. Byłoby to totalną głupotą, gdyby ktoś w ten sposób odczytał moje przesłanie. Chodzi o to, aby mieć czas dla drugiego człowieka. Właśnie tej reguły po powrocie z Afryki staram się jeszcze pełniej przestrzegać, choć przyznaję, że jest to czasem trudne. Życie w Europie toczy się bardzo szybko.

Ludzie w Ugandzie są życzliwi i ciepli. Przebywając z nimi człowiek sam "zaraża" się tymi cechami. Zresztą wstyd marudzić, że czegoś nam brakuje, aby żyć bardziej komfortowo, podczas gdy ludzie, z którymi się spotykamy, walczą o przetrwanie. Mówiąc jeszcze bardziej obrazowo, trudno marudzić, że np. nie ma prysznica, kiedy oni nigdy nie widzieli prysznica, albo że jest codziennie na śniadanie jajko, kiedy oni nawet nie mają chleba, itd. Poza tym po prostu wstyd chodzić ze smutną miną, kiedy wokół tyle uśmiechniętych twarzy.
Pobyt w Ugandzie miał znaczący wpływ na moje życie. Podczas ostatnich miesięcy mojego pobytu widziałam kilkakrotnie, jak dzieci czy też młodzi ludzie umierają. Przede wszystkim z powodu AIDS, ale często też (zwłaszcza dzieci) z powodu powikłań malarycznych (na północy Ugandy jednym z powodów jest jeszcze głód). Kiedy trzyma się na rękach umierające dziecko, to oprócz bólu pojawia się wewnętrzny sprzeciw. Człowiek zastanawia się, dlaczego tak się stało, dlaczego Bóg na to pozwala, kto jest winien i dochodzi do wniosku, że to nie Bóg godzi się, żeby dzieci umierały z chorób i głodu, ale to my pozwalamy na to. Każdy z nas poprzez swoją obojętność i miłość własną. Pragnę więc poprzez swoje świadectwo pobudzić odpowiedzialność chrześcijanina, odpowiedzialność Kościoła misyjnego, jakim jesteśmy.

- Czy podjęłaby Pani ponownie wyjazd na misje? Dlaczego?
- Oczywiście, bardzo chętnie wróciłabym do Ugandy, szczególnie na północ tego kraju. Dlaczego? Bo po pierwsze, zakochałam się w Ugandzie i ludziach tam mieszkających. A po drugie, nasza pomoc na północy Ugandy jest niezbędna - albo my pomożemy tym ludziom, albo rebelianci dadzą dzieciom broń i nauczą je zabijać. Obecnie na północy Ugandy nie ma prawie żadnych misji i organizacji, ponieważ sytuacja polityczna jest niestabilna i choć oficjalnie wojna domowa została zawieszona, to ciągle zdarzają się napady rebeliantów, którzy mordują na własną rękę. Ludzie żyją tam w bardzo nędznych warunkach. Mają jednak ogromne serca i potrafią być niezmiernie wdzięczni za okazaną pomoc. Nie chciałabym pisać po raz kolejny o tym samym, co już zawarłam w liście z Ugandy, ale myślę, że kura i koza, którą w Orusi otrzymałam, najpiękniej o tym świadczą. Prezent prosty, może dziwny, ale kiedy uświadomimy sobie, że to była jedyna kura i koza, jaką posiadali ci ludzie, być może jedyny posiłek, to nabiera on bezcennej wartości. W Orusi nie ma szkół, nie ma szpitali, nie ma sklepów, nie ma pracy, ludzie żyją w ogromnej nędzy. Mnóstwo pijanych mężczyzn kręci się po wiosce. Robią alkohol, a później piją go całymi dniami, aby zabić nudę i głód. Nie chciałabym, aby "moje" dzieci, pełne marzeń i ambicji, które tam spotkałam i pokochałam, spotkał taki sam los, jak ich ojców.
Myślę, że mówiąc o Ugandzie nie wolno jednak zapomnieć o jej pięknej przyrodzie, ciekawej kulturze i tradycjach. Nie wolno nam kojarzyć Afryki jedynie z głodem i cierpieniem. Podkreślam to, bo myślę, że należy sobie uświadomić dwie strony Afryki. Mówiąc tylko o jednej, bylibyśmy nieobiektywni.

- Dziękuję za rozmowę.

RozmawiaŁa Maria Tota