|

O Krzysiu
Krzyś ma osiem lat. Stwierdzono
u niego porażenie mózgowe, dziecięcą epilepsję i autyzm. Orzeczenie
Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej stwierdza upośledzenie
umysłowe w stopniu lekkim. Badanie psychologiczne z uwagi
na ogromne zaburzenia emocjonalne zaleca szeroko pojętą indywidualizację
w pracy z dzieckiem oraz nauczanie indywidualne w szkole.
Pierwsze spotkanie w szkole
Pierwszego września mama przyprowadziła
Krzysia do szkoły. Na powitalnym apelu stali prawie na schodach,
ponieważ chłopiec się bał. Mocno ciągnął mamę za spódnicę
i nakazywał powrót do domu. Wykręcał głowę do tyłu, zakrywając
przy tym oczy dłonią.
Spotkania następne
Zakupiwszy wcześniej samochód-zabawkę,
udałam się do domu rodzinnego Krzysia. Gdy mnie tylko zobaczył,
uciekł na podwórko do babci, nie usłuchał ani próśb, ani nakazów
niani. Poszłam w ślad za nim, zainteresował się zabawką, ale
bał się podejść i wziąć samochód. Wszedł na traktor, ja posunęłam
się nieco bliżej, ale o rozmowie nie było mowy. Gdy podeszłam
zbyt blisko, Krzyś zwiał w kąt podwórka. Usiadłam zrezygnowana
na ławce i w milczeniu obserwowałam chłopca, który po pewnym,
dość długim czasie podszedł do mnie, zakrywając uszy dłońmi.
Zrozumiałam, że nie chce, abym z nim rozmawiała, siedziałam
więc jak skała. Szybko podbiegł, wyrwał mi zabawkę z ręki
i znowu uciekł, zachowując bezpieczną odległość.
W dniu, kiedy miał pojawić się
w szkole, zrozpaczona mama przekazała mi z pracy telefonicznie
wiadomość, że Krzyś nie przyjdzie do szkoły i chyba trzeba
będzie zrezygnować z tego nauczania indywidualnego. Ale Krzyś
pojawił się w szkole z nianią, zagniewany na cały świat, zapłakany.
Niania "na siłę" wciągnęła chłopca do pomieszczenia - klasy,
gdzie mieliśmy zajęcia. I dopiero teraz chłopiec pokazał,
co potrafi: darł się w niebogłosy "ne, ne, ne... ", bił głową
o ścianę, pluł na co popadło, rozłożył się na podłodze i wierzgał
nogami. A niania nic sobie z tego nie robiąc, wyszła z klasy.
Zostałam "sam na sam" z Krzysiem,
chłopiec chwilę jeszcze poszalał, potem wstał z podłogi, wcisnął
się w kąt i tak stał skulony. Na każde moje słowo wypowiedziane
nawet szeptem mrużył oczy. Każdą próbę nawiązania kontaktu
kończył głośnym "ne".
Wykorzystawszy już cały wachlarz
zabiegów, w wielkiej bezradności zaczęłam śpiewać piosenkę
o krasnoludkach. Krzysio zakrył uszy dłońmi i rozkazującym
tonem powiedział trzy razy, za każdym razem coraz głośniej
"ne piewaj". Potem wziął plecak i oznajmił, że idzie do domu
"ide mu". Gdy próbowałam go powstrzymać, ze złości oberwał
szelki u plecaka. Na szczęście, pojawiła się niania i poszli
do domu.
Moje rozterki
Nie spałam po nocach, na samą
myśl o następnym spotkaniu z Krzysiem oblewał mnie zimny pot.
Zaczęłam obwiniać sama siebie, że nic nie potrafię, dlaczego
chłopiec tak mnie nie lubi. Myślałam o zmianie zajęć z koleżanką,
ale na nią chłopiec reagował podobnie.
W tej wielkiej rozpaczy dużo rozmawiałam
z panią psycholog, która prowadziła Krzysia, zaczęłam czytać
intensywnie książkę pt. Opowieści terapeutów. Trochę to pomogło,
poczułam się pewniejsza.
Krzyś jednak przychodzi do szkoły
Tak, Krzyś przymuszany trochę
przez nianię przychodzi dwa razy w tygodniu na zajęcia. Jest
trudno, ja jestem wyciszona, ulegam wymaganiom chłopca.
Krzyś potrafi nawet przez godzinę
bawić się samochodem, czy również bardzo długo oglądać obrazek
z daleka lub przysuwając go sobie wręcz do nosa. Czasem zmusza
mnie do wspólnej zabawy, czasem "dąsa się", nie pozwala.
Udało mi się nakłonić Krzysia
do malowania farbami, szczególnie upodobał sobie malowanie
na szkle. Chłopiec zwłaszcza w stresie ma bardzo duże napięcie
mięśniowe dłoni, proszę więc, aby malował palcami. Jest oburzony,
że się zabrudzi, pokazuje mi, że przecież mama kupiła mu pędzel
i on służy do malowania.
Kiedy widzę, że chłopiec jest już u kresu wytrzymałości, podsuwam
mu substancje sypkie (ryż, groch itp.) do przesypywania. To
zajęcie lubi, wtedy bardzo szybko uspokaja się.
Przy każdym kolejnym spotkaniu
jest odrobinę lepiej, ale chłopiec nadal mi nie ufa, boi się
strasznie hałasu na przerwach, wręcz drży z wrażenia. Nawet,
gdy trwa lekcja i korytarz jest pusty nie daje się namówić,
by wyjść do łazienki i wylać wodę po malowaniu, czy umyć ręce.
Udało się
Na zajęciach pracujemy przy uchylonych
drzwiach, chłopcy na korytarzu grają w ping-ponga. Krzyś nieśmiało,
ale z zaciekawieniem ukradkiem ich obserwuje. Wychodzimy powoli
na korytarz i patrzymy. Jeden ze starszych chłopców podaje
Krzysiowi paletkę i zaprasza do gry.
Wziął paletkę, podchodzi do stołu,
nie może trafić w piłeczkę, ale cieszy się, krzyczy coś z
radości, aż w końcu pochylony ku przodowi biega dookoła stołu
goniąc piłkę.
Zabrzmiał dzwonek, chłopiec chwycił
mnie mocno za rękę, ale pozostaliśmy na korytarzu. Krzyś jest
bardzo wystraszony, ale nie ucieka, obserwuje dzieci.
Od tej pory każdą przerwę spędzamy
na korytarzu, wśród dzieci, chłopiec rozpoznaje dzieci z sąsiedztwa
domu rodzinnego. A w ping-ponga gramy na każdych zajęciach,
sam Krzyś dokładnie tego pilnuje.
Wielka radość
Chłopiec z dnia na dzień staje
się bardziej ufny i odważny. Chodzimy któregoś dnia podczas
lekcji po cichym, pustym korytarzu. Siłą rozpędu (chłopiec
boi się nowych, nieznanych pomieszczeń) wchodzimy do pustej
sali gimnastycznej. Krzyś nie może się nadziwić i z zachwytu
zaczyna biegać, zaciska piąstki i głośno piszczy, a echo powtarza
za nim. Z wielkim przejęciem do mnie mówi "kosz, hokej, pipka
(piłka)". Jest szczęśliwy i bardzo przejęty. Do niani na powitanie
mówi, że przyjdzie do szkoły, a tato musi kupić mu salę.
Obecnie Krzyś do szkoły przychodzi
chętnie, ale tutaj obowiązkowo musi pójść na salę gimnastyczną.
Tam używa sportu do woli, sprawnie wchodzi po drabinkach,
z radosnym krzykiem rzuca piłkę do kosza, strzela gole, ale
najbardziej lubi huśtać się na linie. To właśnie zajęcia sportowe
sprawiły, że przestał negatywnie reagować na dotyk, sam prosi
o pomoc, by wdrapać się wyżej na linę. Chociaż nadal mruży
oczy, gdy leci piłka i osłania się dłońmi zamiast łapać, to
jednak takich zachowań jest coraz mniej.
Kiedy przychodzi do szkoły, zajęcia
zaczynamy od zabawy w domino obrazowo-literowe, od rysowania,
malowania i mówienia. Zajęć tych chłopiec nadal bardzo nie
lubi, ale rozumie, że potem będzie mógł pójść na salę gimnastyczną
i powoli, choć z oporami wykonuje moje polecenia.
Gdy widzę wśród dzieci podczas
gry w plastikowego hokeja pochyloną ku przodowi sylwetkę Krzysia
i radośnie uśmiechniętą jego twarz, jestem najszczęśliwszą
nauczycielką na świecie.
Anna Sadkowska
|