|

"(...) Mówicie, że mnie
kochacie, a ciągle każecie mi robić rzeczy, które nie mają
dla mnie żadnej wartości. Jak się kogoś kocha, to nie żąda
się od niego czegoś w zamian. Czy na pewno to jest miłość?
Zastanów się, mamo. (...) Umieram, bo dla mnie jest to jedyne
wyjście z sytuacji. Ja tu nie pasuję, przeszkadzacie mi żyć
(...) Bardzo kochający syn (...) Naprawdę bardzo..." - Konrad,
lat 17.
"(...) Dlaczego wybrałem
śmierć? Między innymi dlatego, że nie widziałem przed sobą
przyszłości, ciągle miałem problemy, z którymi nie umiałem
sobie poradzić i nie miałem do kogo się zwrócić. Wy mnie nie
rozumieliście, powiedzieliście mi bardzo dużo przykrych rzeczy,
ale nie spróbowaliście mnie zaakceptować takim, jakim byłem,
nie staraliście się zrozumieć, nie miałem dokąd pójść. (...)
Wasz bardzo kochający syn" - Marcin, lat 17.
"Piszę do was ten pożegnalny
list, ponieważ nie mogę wytrzymać presji tego świata i uznałem,
że życie na tym świecie nie ma sensu i dlatego postanowiłem
popełnić samobójstwo (...) Pozdrawiam was wszystkich i uważam,
że na tym świecie zniewolonym przez pieniądze będzie o jednego
świra mniej (...) Kocham was" - Krzysiek, lat 16.
Powyższe fragmenty pochodzą
z listów młodych samobójców.

Za proces wychowawczy odpowiada osoba dorosła
- wychowawca. Po drugiej stronie jest ktoś, na kogo cały proces
wychowawczy ma być skierowany, a więc osoba, która dopiero
ma nabyć te wszystkich umiejętności, aby pozwoliły jej na
funkcjonowanie w przyszłym życiu. To dziecko.
Na wychowanie wpływa wiele czynników, które przeplatają się
ze sobą i trudno jednoznacznie określić, który z nich wpływa
na określone zachowanie. Można jednak z dużym prawdopodobieństwem
założyć, że czynnikami, które mają zdecydowany wpływ na wychowanie
dziecka są wrodzone czynniki psychiczno-fizyczne, determinujące
zachowania jednostki (choroby psychiczne, inwalidztwo itp.)
i patologiczne otoczenie dziecka.
Prowadzi to do konkluzji, że każde dziecko przychodzi na świat
niewinne, jednak wyposażone w pewną konstrukcję psychofizyczną,
którą należy uwzględnić w procesie wychowania.
Wychowanie nakłada więc obowiązek wnikliwego obserwowania,
badania i zapobiegania wszystkiemu, co mogłoby sprzyjać agresji
oraz innym formom niedostosowania społecznego.
Dziecko w potrzebie
Niezaspokojone u dzieci potrzeby: miłości, przynależności
i bezpieczeństwa, są przyczyną negatywnych skutków psychicznych.
Kto jest za to odpowiedzialny? Kto ma zaspokoić dzieciom potrzeby
miłości, przynależności, bezpieczeństwa?
Odpowiedź nasuwa się sama: dorosły - rodzice, wychowawcy,
nauczyciele i inni, którzy zajmują się wychowaniem dzieci.
Ale czy "dorosły" potrafi kochać, stworzyć taką atmosferę,
aby dziecko czuło się członkiem grupy, czuło się bezpieczne?
Czy "dorosły" jest gotowy do wychowania?
Lata mojej pracy z dziećmi pozwalają na stwierdzenie, że dzieci
mają taki los, jaki układają im dorośli.
Łatwo rodzicom mówić "kocham cię". nauczycielowi "ucz się"
wychowawcy "powinieneś zrobić tak", kiedy poza samymi słowami
nie dają nic więcej.
Wyobraźmy sobie dziecko, do którego rodzice mówią "kocham
cię", ale nie idą za tym żadne czyny. Kiedy dziecko jest małe,
wszyscy go przytulają, głaszczą, całują, bawią się z nim,
uśmiechają. Kiedy staje się starsze - słyszy coraz więcej
słów, a doświadcza coraz mniej gestów.
Dzieci idą do szkoły w wieku 7 lat. Rodzice tłumnie uczestniczą
w życiu szkoły i tak dzieje się do chwili, kiedy dziecko kończy
III klasę. Po wakacjach wszystko staje się inne. Rodzice już
nie chodzą tak często do szkoły, zwiększają wymagania, nakładają
coraz więcej obowiązków w postaci dodatkowych zajęć, zaczyna
się swoista "tresura", aby dziecko było ze wszech miar wyuczone.
Nie ma czasu na dzieciństwo. Nadmiar obowiązków powoduje zmęczenie.
Zaczyna brakować czasu na miłe gesty, ale jednocześnie wraz
z obowiązkami rosną wymagania, których niespełnienie powoduje
pewne konsekwencje. Rodzice więcej uwagi poświęcają na upominanie
dziecka, niż przytulanie. Mówią "kochamy cię", ale tego nie
okazują - jest za duże, aby wziąć na kolana, przytulić, pocałować
i powiedzieć, jak bardzo jest ważne. Dziecko zaczyna uczyć
się zaspokajania oczekiwań rodziców. Uczy się, że jak to zrobi,
to rodzice będą je kochać. Pojmuje, że "kochać", to znaczy
spełniać oczekiwania. Miłość staje się warunkowa.
Tymczasem dziecko bezinteresownie wierzy temu, co rodzice
mówią, nie stawia granic, barier. Kocha bezwarunkowo. Stara
się, ale nie zawsze mu wychodzi. Cierpi, bo nie zadowala rodziców,
ale ponawia wysiłki, aby nie być przez nich odtrąconym. Niestety,
brak czasu spowodowany pracą rodziców, dodatkowymi zajęciami
dziecka powoduje, że rodzice nie mają już możliwości otoczyć
wystarczającą miłością i wsparciem. Zaczyna ono czuć się samotne.
Fizyczna obecność rodziców, kontakt z dzieckiem, stają się
coraz luźniejsze. Dorastający młody człowiek zaczyna to dostrzegać.
Jego reakcja może być różna, ale jak pokazuje praktyka, najczęściej
sprowadza się do stwierdzeń; "rodzicom na mnie nie zależy",
"jestem do niczego", "nie mam, do kogo się zwrócić" itp.
Wraz z dorastaniem zanika okazywanie gestów świadczących o
uczuciu, jakim rodzice darzą dziecko.
Bez właściwie rozumianej istoty miłości przez osoby dorosłe
nie ma mowy o właściwym wychowaniu. Problem tkwi jednak znacznie
głębiej, bo przecież "dorośli" też mieli lub mają swoich rodziców.
To, w jaki sposób ich wychowano, ma ścisły związek z tym,
jak obecnie wychowują swoje dzieci. Brak wiedzy, umiejętności
ze strony ich rodziców spowodowały, że teraz oni popełniają
błędy.
Przykład: dziecko rodzi się w rodzinie patologicznej, alkoholowej.
Tam też toczy się proces wychowania i socjalizacji. Ale jakże
inne będą wartości i poglądy panujące w tej rodzinie od tych,
które cechują rodziny dobrze funkcjonujące. Kiedy dzieci z
tych dwu rodzin spotkają się ze sobą, np. w jednej klasie,
ich sytuacja "wyjściowa" jest zdecydowanie inna.
Dziecko z rodziny patologicznej posługuje się językiem uboższym,
bardziej wulgarnym, jest mniej modnie ubrane, często nie ma
podstawowych książek, czy wyposażenia szkolnego. Dorośli,
w tym przypadku rodzice, sprawili, że ich dziecko czuje się
"inne". Narazili je już na samym początku społecznego życia
na kłopoty. A one będą się powiększać. Choćby z tego powodu,
że częste burdy pijackie rodziców uniemożliwią dziecku właściwe
wywiązywanie się z obowiązków szkolnych. Przyczyna tego jest
jedna - zachowanie dorosłych.
Dobry nauczyciel, znający sytuację domową takiego ucznia oczywiście
może, nawet powinien zrobić wszystko, aby starać się wyrównać
mu szanse w edukacji, ale jednego nie jest w stanie zrobić.
Nawet najlepszy pedagog nie zaspokoi w dziecku potrzeby rodzicielskiej
miłości. Jednak nauczyciel może starać się zaspokoić inne
potrzeby dziecka. Szacunku, zainteresowania, dowartościowania.
Może, tylko czy potrafi i chce to zrobić?
Artur Brühlmeier, przedstawiciel tzw. pedagogiki miłości,
stwierdza: "Pedagogika duchowa jest przede wszystkim dla instytucjonalnych
wychowawców dzieci i młodzieży, jakimi są nauczyciele, gdyż
to oni wymagają permanentnej edukacji (...) oczekuje się,
zatem od pedagogów, w tym szczególnie od nauczycieli, wysokich
kompetencji i własnego zdrowia psychicznego. Problem, czy
komuś się uda być dobrym nauczycielem nie polega na tym, czy
wiele się wie, wiele może i ma się dużo dobrych pomysłów i
ideał, lecz na tym, czy mamy siłę, aby wytrwać"*.
Aby móc w pełni wykorzystać wspieranie rozwoju dziecka, sam
wspierający musi mieć serce i sferę własnego ducha. Nie tylko
wiedza, ale sposób bycia, poczucie własnej wartości, stosunek
do wychowanka są tym, co ma pomagać w budowaniu dobrych relacji
z dzieckiem. Nikt nie może dać więcej niż posiada - stwierdza
Brühlmeier.
Rodzina a proces wychowania
Proces wychowania zaczyna się od rodziców. Czy patologiczni
rodzice mogą dać dziecku coś więcej, kiedy sami potrzebują
pomocy?
Miłość nie jest uczuciem. Jest wyrażaniem uczucia, jakim jest
kochanie. Czym innym jest więc przeżywanie uczucia, które
dla każdego z nas jest subiektywne, a czym innym jego wyrażanie.
Dla dziecka nieistotne jest to, że rodzice je kochają, tylko
w jaki sposób to wyrażają. Problemem rodziców jest właśnie
wyrażanie uczuć. Dorośli, wychowywani wcześniej w oziębłej
atmosferze, nie będą zdolni do innego postępowania. Będą stosować
te same metody wychowawcze, jakich używali ich rodzice. Pokutujące
od lat myślenie, że "dziecko stanowi moją własność i mogę
robić z nim, co chcę" w obecnym czasie jest daleko mylące
i zdecydowanie szkodliwe. Ten sposób rozumienia łączy się
z pojęciem władzy rodzicielskiej.
Są dzieci "trudne", ale są też źli rodzice, nauczyciele i
wychowawcy, i instytucjonalnie złe rozwiązania systemu oświatowego
i pomocowego.
Trudno znaleźć jednoznaczne rozwiązanie i sposób na wychowanie.
Należy jednak z całą mocą skierować działania nie tylko na
dzieci, ale przede wszystkim na osoby za nie odpowiedzialne.
Im mniej będzie "toksycznych" rodziców, nauczycieli, wychowawców
tym mniej będzie dzieci sprawiających trudności wychowawcze.
Zawsze jest szansa na przywrócenie dziecku szansy na godne
bycie.
Okazywanie uczuć
Aby proces wychowawczy przebiegał właściwie, konieczne jest
przede wszystkim przygotowanie wychowawcy do pełnienia tej
skomplikowanej roli. Jak pokazuje praktyka, dzisiaj skupiamy
się na wychowaniu dziecka. Powstaje coraz więcej programów
wychowawczych, profilaktycznych itp., których adresatami są
dzieci. Uczymy je różnych sposobów radzenia sobie z trudnymi
sytuacjami, bezpiecznych zachowań i radzenia sobie ze stresem.
Niestety, obecne programy nie uczą, jak dzieci mają sobie
radzić z brakiem miłości rodzicielskiej. Efekt? Wzrasta liczba
dzieci i młodzieży sięgających po środki psychoaktywne. Pustkę
spowodowaną brakiem rodzicielskiej miłości zastępują substancjami,
które gwarantują "odlot" od rzeczywistości. Przyczyn tego
stanu można wskazać wiele, ale jest jedna główna: brak umiejętności
rodzicielskich - okazywania uczuć.
Dlatego uważam, że czas rozpocząć działania w kierunku przygotowywania
młodzieży do roli rodziców. Konieczne jest wprowadzenie na
studiach pedagogicznych, treningów: interpersonalnych, asertywnych
zachowań itp. Aby umieli sobie radzić ze swoimi emocjami,
aby potrafili w przyszłości umieć właściwie budować relacje
z dziećmi, młodzieżą, z którą przyjdzie im pracować.
Gdyby rodzice chłopców, których listy cytowałem, umieli okazywać
im więcej uczuć, gdyby inni ludzie, którzy ich otaczali, w
tym nauczyciele, koledzy byli bardziej otwarci na siebie i
drugiego człowieka, być może tych listów by nie było...
Jarosław Sokołowski
* A. Brühlmeier, Edukacja humanistyczna,
Kraków 1993, s. 92
|