|


W ministerialnym gmachu przy Alei Szucha przygotowywana jest
nowa reforma nazywana "obniżeniem wieku obowiązku szkolnego".
Jest cicha, szybka i pozbawiona szerszej społecznej refleksji.
Wielu rodziców przyszłych sześciolatków wysyła do MEN protesty.
Skutki reformy mogą być jednak daleko poważniejsze niż smutna
konieczność przebywania malucha w nieprzyjaznych mu szkolnych
murach.
Postulat obniżenia wieku rozpoczynania nauki szkolnej formułowany
był kilkakrotnie przez kolejnych ministrów edukacji. Potrzebę
zamiany szkolnej i przedszkolnej "zerówki" w klasę I uzasadniano
wówczas głównie koniecznością wygospodarowania dodatkowego
czwartego roku nauczania dla zbyt nabrzmiałego programowo
liceum. Zmiany, jakie zapowiada obecnie ministerstwo, przesuwają
egzamin maturalny z 19. na 18. rok życia, a więc niweczą ten
zamiar.
Zastanówmy się nad sensem zmian. To oczywiste, że treści programowych
likwidowanej klasy maturalnej w żaden sposób nie zastąpi rok
kształcenia elementarnego (realizowanego i dziś pod nazwą
obowiązkowego wychowania przedszkolnego). Reforma nie wprowadzi
też w najbliższych latach pięciolatków w obowiązkową edukację
przedszkolną, bo dostępność przedszkoli w Polsce jest najniższa
wśród krajów UE. Taki zabieg wymagałby wcześniejszego sześciokrotnego
(!) zagęszczenia na wsiach sieci placówek przedszkolnych.
Jak widać, pod stosowanym obecnie hasłem "obniżenie wieku
szkolnego" kryje się w rzeczywistości skrócenie okresu nauczania.
Trudno zrozumieć sens tych zmian. Młodzi Polacy będą o rok
wcześniej wchodzili na europejski rynek pracy, ale będą gorzej
przygotowani do konkurowania na tym rynku.
O zmianach programowych
Obniżenie wieku kształcenia pociąga za sobą konieczność przebudowy
programów nauczania na wszystkich etapach szkolnej edukacji
"tak, aby treść i sposób kształcenia były przystosowane do
możliwości ucznia związanych z etapem jego rozwoju" (z komunikatu
MEN). Rozumiane w ten sposób zmiany programowe oznaczają w
praktyce ograniczanie treści idące w parze z ich infantylizacją.
Przeżywamy w Europie kryzys pedagogiki jako nauki, a w kryzysie
żyją i rozprzestrzeniają się różnorodne mity. Jednym z nich
jest twierdzenie, że w dobie pełnego dostępu młodego człowieka
do internetowej informacji mało istotne są treści nauczania
i obojętny jest materiał tematyczny, na którym uczymy dziecko
czytać, liczyć, tworzyć, a szkoła ma się skupić się na kształceniu
kompetencji kluczowych - czytaniu ze zrozumieniem, rozumowaniu,
współdziałaniu w grupie, itp. Nie ujmując nic cennym kompetencjom
kluczowym, należy mieć nadzieję, że mit o nieważności treści
nie zapanuje w polskiej polityce edukacyjnej. Poczynił on
wystarczająco duże spustoszenie w programach kształcenia krajów
Zachodu.
Trudniej na starcie
W roku 2007 Akademia Świętokrzyska realizowała w ramach projektu
unijnego ogólnopolskie badania "Dziecko sześcioletnie u progu
nauki szkolnej". Objęły one sześciolatków z "zerówek" szkolnych
i z przedszkoli. Raport z badań odsłania zdecydowaną przewagę
sześciolatków z przedszkoli nad sześciolatkami ze szkół. Dzieci
są aktywniejsze, cechuje je wyższy poziom rozwoju umysłowego,
uzyskują lepsze wyniki w przygotowaniu do czytania, pisania,
liczenia oraz w rozumowaniu. Intensywniej rozwinęły zdolności
poznawcze, analizę i syntezę słuchową i wzrokową. Mają też
wyższe poczucie kontroli wewnętrznej, potrafią lepiej dbać
o porządek, sprawniej posługują się przyborami szkolnymi i
lepiej o nie dbają. Nawiązują łatwiej kontakt z innymi, są
bardziej opiekuńcze, potrafią lepiej oceniać zachowanie rówieśników.
Nie są uległe ani zbyt ciche, poprawnie wykonują polecenia,
częściej wykonują zadania bez pomocy, wykazują większą wytrwałość
i większe zainteresowanie, lepiej koncentrują uwagę, są bardziej
pewne swojej decyzji. Przewaga dzieci ze szkolnych "zerówek"
uwidoczniła się tylko w jednej dziedzinie - wykazują one wyższy
poziom umiejętności ruchowych w zakresie rzutów i chwytów.
W badaniach o łącznym koszcie 8,5 miliona złotych partycypowało
Ministerstwo Edukacji Narodowej. Wyniki dały ministrowi mocną
podstawę do starań o rozwój edukacji przedszkolnej sześciolatków
kosztem szkolnych "zerówek". Decyzje MEN przeczą wnioskom
z badań. Przeniesienie dzieci z przedszkoli do szkół pogorszy,
a nie poprawi szkolny start sześciolatka.
Gorzej na finiszu
Wyniki międzynarodowych badań porównawczych PISA, przyjmowane
za wskaźnik jakości edukacji, są powszechnie znane. Młodzi
Polacy plasują się na mocnej średniej pozycji. Warto jednak
zauważyć, że testom poddawana jest młodzież w wieku 15 lat,
a dla jakości edukacji najważniejsze jest to, co rozgrywa
się na jej finiszu. W większości krajów rozwiniętych nauczanie
szkolne prowadzone jest do 18-19. roku życia, jednak obowiązek
szkolny kończy się już w wieku 16-17 lat. Spory procent uczniów
"wypada" wówczas z systemu szkolnego. Polska ma przedłużony
do 18 lat obowiązek kształcenia, co wyróżnia ją jako kraj,
w którym aż 91,7% uczniów kończy szkoły ponadgimnazjalne (unijny
cel to 85%, zaś średnia dla Europy wynosi niecałe 78%). Jeśli
informację tę zestawimy z faktem kończenia liceum przez polskich
uczniów w 19. roku życia, to zrozumiemy, skąd bierze się uznanie
krajów zachodnich dla wykształcenia Polaków. Rezygnacja z
tego atutu będzie największą, najpoważniejszą, niepowetowaną
stratą dla polskiej oświaty.
Tropem "standardów europejskich"
Pomysł reformy uzasadniony został przez minister Katarzynę
Hall "potrzebą dostosowania polskiego systemu szkolnictwa
do standardów europejskich". Problem w tym, że... nie ma takich
standardów.
Statystycznie ujmując, większość krajów Europy rzeczywiście
prowadzi kształcenie ogólne młodzieży w przedziale wiekowym
6-18 lat. Jednak nie jest to normą. W Danii, Szwecji, na Litwie,
w Estonii czy w Finlandii przedział ten jest taki jak w Polsce
- 7-19 lat. I to właśnie z Finlandii próbuje się dziś czerpać
wzorce, bo według badań PISA szkoła fińska przoduje w osiągnięciach
edukacyjnych. Krajami, które z kolei najsilniej obniżyły wiek
obowiązku szkolnego, są: Anglia (5-18 lat) i Irlandia Pn.
(początek - 4 lata). Uproszczeniem byłoby twierdzenie, że
stanowi to przyczynę obserwowanej obecnie recesji brytyjskiego
szkolnictwa publicznego, niemniej podążanie przez Polskę anglosaskim
śladem jest mocno ryzykowne.
Dlaczego Polska miałaby zrezygnować z przynoszącego dziś dobre
efekty przedziału nauczania 7-19 lat, poprzedzonego obowiązkowym
wychowaniem przedszkolnym sześciolatków?
Przewidywane straty
Zapowiedziana reforma skróci cykl kształcenia ogólnego w Polsce.
Mocno ograniczy treści nauczania. Pogorszy warunki startu
szkolnego sześciolatka. Zmniejszy przewagę Polaków na europejskim
rynku zatrudnienia. I w dodatku wygeneruje dodatkowe koszty.
Na wydatki związane z reformą złożą się: koszty utrzymywania
w szkołach do 2020 roku dodatkowego rocznika uczniów (oddziały
połączą sześcio- i siedmiolatków), koszty przebywania większej
liczby dzieci w świetlicach szkolnych, koszty przygotowania
szkół podstawowych na przyjęcie dzieci młodszych, oraz koszty
przekwalifikowania nauczycieli. Wymienione kategorie wydatków
nie przyczynią się do poprawy jakości nauczania, ani nie podniosą
jego standardu.
Nawet w największym przypływie dobrej woli trudno jest zrozumieć
sens reformy, która przynosi straty uczniowi i państwu.
Obecne wyzwania
Jest co naprawiać w polskiej oświacie, chociażby rzadką sieć
przedszkoli. Ministerstwo podjęło już w tym zakresie działania
naprawcze w postaci propozycji przedszkoli alternatywnych.
Dobry pomysł, ale trzeba go pilotować, wzmacniać, modyfikować,
uzupełniać pomysłami innymi. Odczuwalna poprawa dostępności
przedszkoli w Polsce byłaby dużym sukcesem ministra.
Jest w oświacie i inny poważny problem, który wymaga szybkich,
radykalnych działań. To upadek szkolnictwa
zawodowego. Rynek pracy woła o wykwalifikowanych robotników,
a szkoły kształcące w zawodach są, jedna po drugiej, zamykane.
Wiele do życzenia pozostawia też poziom zawodowego kształcenia.
To poważne wyzwanie dla resortu.
Jeśli chcemy podnosić jakość oświaty w Polsce, musimy mieć
system wspierania najsłabszej grupy uczniów i system kształcenia
uczniów wybitnie zdolnych. Potrzeba prowadzenia zajęć pozalekcyjnych
w tych dwóch kierunkach została zawarta w Strategii Edukacji
na lata 2007-2013. To doskonałe zadanie dla zaangażowania
unijnych funduszy.
Wiele spraw w polskim szkolnictwie wymaga spokojnego naprawiania
i doskonalenia, bez wywracania systemu. Rewolucje edukacyjne
są czasem konieczne, ale same w sobie są rzeczą złą. O powodzeniu
w nauczaniu decydują bowiem ciągłość i komplementarność programowa
oraz organizacyjny spokój. Filozofia permanentnej zmiany,
będąca kołem zamachowym współczesnej gospodarki, jest wrogiem
edukacji.
Wciąż reformując niczego nie doskonalimy. Narażamy się za
to na eksperymenty szkodliwe.
Jolanta Dobrzyńska
|