|

Sanatorium było objęte lasem mieszanym. Mieszkaliśmy na samiutkim dole.
Pod sosnami mieliśmy białe ściany. Siostry dobrze widziały, co się dzieje w salach. Strzegły nas jak źrenicę w oku.
A jednak... nikt nie zaginął, co najwyżej
gdzieś się schował i popłakiwał sobie ci chutko w kąciku. Siostry odnajdywały taką
beksę i pocieszały jak tylko umiały. Wystarczyło, że pogłaskały czułymi dłońmi,
a łzy wygasały w oczach. Czułe słówka
i dotyk, to najlepsze lekarstwo dla dzieci
(i nie tylko!).
W tym cierpiętniku pracowała Ciocia
Enia, która wychowywała nas w świecie
poezji. Bajka, baśń i legenda odrywały
nas od bolącego ciała. Ciocia robiła
wszystko, aby słodkie dzieciństwo było po
naszej stronie. Byliśmy jak ptaki, które nie
orzą i nie sieją, a żyją. Dorosłość docierała do nas tylko na sali gimnastycznej albo
na bloku operacyjnym.
Lekarze nie interweniowali w nasze sprawy. Zajęci byli tylko walką
z chorobą, która pustoszyła młode ciała. Mało mówili. Pan Ordynator, co utykał na nogę, to nawet uśmiechał się półgębkiem. Obserwował każdy nasz ruch.
Dumał. Kazał nam, żebyśmy poruszyli
nogą, po czym robił korekty w kartach
choroby. Do obiadu walczono z naszy mi porażeniami i przykurczami. Z sali
gimnastycznej dochodziły jęki, łkania,
syczenie, zgrzytanie zębów i przewlekły
płacz. Z sali operacyjnej przeciekał
eter. Serce biło nam mocniej, gdy korytarzem szli chirurdzy w butach
zabrudzonych gipsem. Pozostawiali po
sobie białe ślady oraz mgiełkę zapachów operacyjnych. Czułem gorzką jodynę, suchotniczą gencjanę, przesłodzony eter, lepką krew, mokry gips
i sterylność bez zapachu. Nie bałem
się, choć serce waliło w klatce piersiowej, jakby ktoś ptaka w nim uwięził.
Matka prosiła, żebym się przestał bać
lekarzy i białego personelu. Ci ludzie
chcą, synu, dla was dobrze. Zależy im,
żebyście byli zdrowi - perswadowała
podczas odwiedzin. Kiwałem głową, że
rozumiem, o czym mówi.
Nie da się ukryć: biel boleśnie mnie
doświadczała. Na własnej skórze poznałem niejedną barwę bieli.
Na Oddziale I było przytulnie. Ciocia Enia zanurzała nas w świat zabaw
i gier, uczyła budować świat z klocków
i plasteliny. Stworzyła salę zabaw, o jakiej śniliśmy po nocach. Opowiadała legendy. Czytała wiersze. Urwisów kochała, zaś grzecznych nagradzała pocałunkiem. Nigdy się nie gniewała, potrafiła
przebaczyć jak Matka.
Szczególnie
upodobała sobie najsłabszych - tych, co
leżeli na łóżkach ortopedycznych albo
poruszali się za pomocą kul i wózka inwalidzkiego. Ligniną wycierała nasze
łzy, a nieraz i sople z nosa. Nie liczyła
się z czasem. Dopiero pod koniec dyżuru wyjmowała z dna kieszeni fartucha
maleńki złoty zegarek. Ileż to razy zostawała po godzinach! Nigdzie się jej nie
spieszyło. Jak dobremu ogrodnikowi.
Na naszym oddziale była dziewczynka, Halinka, ale zwracano się do niej:
Kaczuszka. Zdrobniale, bo sama była
drobniutka i delikatna. Jeżeli ktoś się zezłościł, to krzyczał: Kaczka!
Dziewczynka miała obie ręce straszliwie sparaliżowane. A nogi i kręgosłup
zdrowe. Jej dłonie zwisały jak gałęzie
wierzby-elegantki. Gdy biegła, to wiotkie
ręce fruwały bezwolnie na różne strony.
Włosy falowały. Biegła i śmiała się. Lubo
było patrzeć na ten radosny bieg Kaczuszki. Na tę kitkę zawiązaną gumką recepturką. Czasami w jej włosach widziałem różne kolorowe spineczki do włosów,
kokardki i wstążeczki, dar kobiet zatrudnionych na Oddziale I.
Rano, gdy ogłaszano pobudkę, siostry biegły do łóżeczka Kaczuszki. Delikatnie zdejmowały rąbek kołderki. Głaskały buzię opuszkami palców.
Kaczuszka wyskakiwała z rozgrzanej pościeli.
Otrząsała się ze snu.
Brała zębami ręcznik przerzucony
przez poręcz łóżka i zarzucała go na
plecy. Szafeczkę otwierała nogami.
Wyjmowała mydelniczkę i szczoteczkę
do zębów. I biegła ile sił w nogach do
łazienki. Radosna, jakby wyskoczyła
zza pazuchy Pana Boga. Myła się. Bez
niczyjej pomocy. Nabierała w usta wody. Chlapała ręce. Pod pachą trzymała
szczoteczkę, jak termometr, i szorowa ła bielusieńkie zęby. Po czym brała
w zęby sparaliżowane ręce, jak lwica
małe lwiątka. Albo kotka ślepe i niemra we kocięta. Nabierała w dłonie wodę
i spryskiwała twarz. Namydlała ręce
i buzię. Opłukiwała. Nogami pomagała
sobie w porannej toalecie. Grzebień
brała między palce nóg i wolniutko
szczotkowała długie włosy. Siostry robiły drobną korektę w uczesaniu. Kitkę
zawiązywały gumką. Kaczuszka wyglą dała schludnie i czyściutko.
Do jednej klasy chodziłem z Kaczuszką. Na lekcjach języka polskiego
nauczyciel pomagał Halince. Pisaliśmy
powolutku, żeby ona nadążyła. Pan od
polskiego wkładał w jej drobne paluszki
ołówek i pisała starannym maczkiem
między liniami bielusieńkiego papieru.
Brodą podtrzymywała zeszyt. Wodziła
po papierze rządki literek. Aż miło było
patrzeć!
Nauczyciel po lekcji podnosił do góry zeszyt i mówił: Widzicie, jak ładnie pisze Kaczuszka. Tak trzeba prowadzić zeszyt. A zeszyt ten był czysto prowadzony.
Bez zagiętych rogów, plam i brudnych
kleksów.
Prace domowe Kaczuszka odrabiała nogami. Siostry i lekarze zabronili jej pisać nogami. Prosili, żeby brała ołówek
w dłonie i wzmacniała sobie mięśnie kończyn górnych. Potrafiła także jeść nogami. Brała łyżkę albo widelec w palce nóg
i jadła. Także cukierek odwijała z papierka nogami.
Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, jak
to jest możliwe. Miałem chore nogi i poruszanie lekko palcem sprawiało mi
wielki kłopot. Obserwowałem Kaczuszkę
w wielkim zachwycie. Z uwielbieniem
patrzyłem, jak pływa w basenie i... nie
tonie. Wręcz przeciwnie! W wodzie ożywały jej ręce.
Starałem się być blisko tej wierzbowatej dziewczynki. Dzieliłem się z nią prezentami, bo do Kaczuszki nikt nie przyjeżdżał. Po odwiedzinach rodziców zachodziłem do sali, w której mieszkała Kaczuszka. Dzieliłem się rumianymi jabłkami, miodnymi gruszkami i orzeszkami laskowymi w czapeczkach.
Kiedyś wieczorem, gdy wszyscy już
poszli spać, uklęknąłem na łóżku i pomodliłem się, żeby Pan Bóg namaścił zdrowiem dłonie Kaczuszki. Rano poszedłem
sprawdzić, czy Kaczuszka ma zdrowe ręce. - Znowu się włóczysz po salach
dziewczynek - powiedziały salowe i przegoniły mnie.
Raz tylko udało mi się zapiąć guziczki w jej płaszczyku. Było to zimą.
Szliśmy całą grupą na spacer lepić bałwana i igloo. Mieliśmy rzucać kule do
nieba. Poprawiłem Kaczuszce czapkę,
która zasłaniała jej niebieskie oczy. Maleńkie rączki włożyłem w kieszenie. I tak
weszliśmy w zimę. W biel i mróz. Kaczuszka śmiała się, biegała. Aż szalik
falował na wietrze. Pomagałem jej lepić
bałwana. Unosiłem kule śnieżne, które
lepiła nogami i kładłem jedną na drugą.
Bałwan Kaczuszki stanął na polanie.
Naokoło bałwana tańczyła Kaczuszka
swoją radość. Biłem brawo, a ona tańczyła na śniegu.
Gdy wyjeżdżałem z sanatorium, poszedłem pożegnać się z Halinką. Wziąłem jej maleńkie dłonie i powiedziałem
szeptem: do widzenia, Kaczuszko...
A ona wtedy pobiegła przed siebie.
Jakby to właśnie ona wyjeżdżała, a nie ja.
Cudownie podzieliła się ze mną swoją radością.
Mijają lata. Kaczuszka powraca do
mnie. Jak wspomnienie. Myślę o jej chorych dłoniach, które ledwo co udźwignęły
drewniany ołówek. Jedynie piórko było na
wagę jej sparaliżowanych paluszków.
Tylko piórko. Nic więcej.
Czesław Mirosław Szczepaniak
|