|
| Religia
w szkole |
|
|
"Po
co na religię"?
Okiem katechety
|
________________________________________________________________________________________________________
|
W
szkolnych rozkładach lekcji po ponad piętnastu latach przymusowej
nieobecności pojawił się na nowo lakoniczny zapis: "religia". Na mocy
wiążących ustaleń na najwyższym szczeblu, powróciła: wymodlona - przez
wielu, lekceważona - przez obojętnych, krytykowana - przez
przeciwników. Zaistniała jako "nieobowiązkowa" - dla niechętnych,
przypominających sobie od czasu do czasu o zagwarantowanej ustawowo
możliwości alternatywnej czyli o etyce, którą szkoły wprowadzają
sporadycznie.
Wznowienie lekcji religii w szkołach stało się faktem. Zapytajmy, czym
kierują się rodzice wyrażający zgodę na udział swojego dziecka w tych
zajęciach? Odpowiedź na to pytanie nigdy nie będzie jednobrzmiąca, bo
też niejednakowe pod względem kształtu życia duchowego są nasze polskie
rodziny.
Jedni rodzice posyłają swoje dzieci na lekcje religii, żeby zapewnić im
dostęp do usystematyzowanej wiedzy religijnej, która sprzyja
pogłębieniu i uzupełnieniu katechezy rodzinnej, a często wspiera ją
mocą zasłyszanego - lub mężnie dawanego przez ich własne dziecko -
świadectwa. Tu wszystko jest jasne i proste: postawa otwarcia i
zaufania, przejrzystość intencji, świadomość celu.
Inni deklarują uczestnictwo dziecka w lekcjach religii w nadziei, że
szkoła w ramach realizacji zadań edukacyjnych i wychowawczych
ukształtuje z ich Jasia lub Joasi sensownego Jana lub Joannę, że lekcja
religii da dziecku to, czego sami nie zdążyli przekazać, albo
zaniedbali, bo chcieli uchodzić za nowoczesnych. A może po prostu nie
bardzo mieli się czym podzielić z Jasiem lub Joasią, bo im samym w
swoim czasie to nie zostało dane. Te dzieci niekiedy czują się
skrępowane swoją niewiedzą i brakiem rozeznania w szczegółach życia
religijnego, które dla innych są oczywiste. Dzieciaki chętnie się
przechwalają: "a moja mama to miała recytować na powitaniu Biskupa i
nie mogła, bo właśnie wyleciał jej ząb!"; "tata poszedł ze mną do mojej
pierwszej spowiedzi, bo ja się sam bałem, ale jak tata poszedł
pierwszy..."; "a moja babcia trzy razy przyjmowała Ostatnie
Namaszczenie, ale... ciągle żyje, bo ona jest bardzo dobra i Pan Jezus
jej pomógł!"; "a ja byłem z rodzicami w Licheniu...", "a ja byłam w
Częstochowie, na Jasnej Górze" itd.
Dzieci nie mające takich wspomnień czasami je po prostu... zmyślają.
Trzecią grupę stanowią rodzice deklarujący udział swoich dzieci w
lekcjach religii na zasadzie: "dla świętego spokoju", "żeby się nie
wyróżniał, bo to nigdy nic nie wiadomo", "mogą wyśmiać, a może nie
zaakceptują", "jak ochrzczony, to niech chodzi", "jak się "wybierzmuje"
(!!), to i ślub bez problemów dostanie". I deklarują swoją zgodę.
Przy tak niezwykłym zróżnicowaniu motywacji oraz nastrojów wśród
uczniów naiwnością byłoby oczekiwać wyrównanego poziomu zainteresowania
wiedzą religijną przewidzianą w programie nauczania przedmiotu.
Jaką zatem szansę ma nauczyciel religii: ksiądz katecheta, siostra
katechetka lub katecheta świecki, na dotarcie do wszystkich (lub
przynajmniej do zdecydowanej większości) uczniów? Jak zainteresować ich
prawdą o Bogu-Stwórcy? Jak nauczyć szacunku i podziwu dla
rzeczywistości przez Niego stworzonej, a przez człowieka odkrywanej i
przekształcanej? Jak przekonać, że proces poznania powinien przebiegać
zgodnie z ustanowionym przez Pana Boga prawem moralnym? To trzeba
przekazać za wszelką cenę.
Katecheta, zatrudniony przez szkołę, jest przede wszystkim posłany
przez Kościół do nauczania Ewangelii, do pamiętania o przestrodze
Chrystusa: "Kto mówi we własnym imieniu, ten szuka własnej chwały. Kto
zaś szuka chwały tego, który go posłał, ten godzien jest wiary i nie ma
w nim nieprawości" (J 7,18). Ograniczanie się wyłącznie do przekazu
wiedzy religijnej u zdecydowanej większości uczniów może spowodować
ukształtowanie się dociekliwości o charakterze religioznawczym.
Natomiast współtworzenie wraz z uczniem jego postawy moralnej, w
ścisłym związku z systematycznym ubogacaniem sfery jego życia
duchowego, jest wspólnym odkrywaniem ścieżek prowadzących człowieka ku
Bogu: przybliżanie uczniowi świata wiary, rzeczywistości Sakramentów
Świętych w kontekście Liturgii sprawowanej przez Kościół, rozmowa o
niezbadanej głębi łaski, o mocy Świętej Opatrzności, czyli o tym
wszystkim, przed czym rozum ludzki staje pokorny i bezradny. Taka
współpraca wymaga od człowieka wysiłku serca i woli, ale pozwala mu
określić swoją postawę wewnętrzną wobec Chrystusa, który mówiąc o
nastaniu królestwa Bożego wyraźnie określił: "Kto nie jest ze Mną, jest
przeciwko Mnie; i kto nie zbiera ze Mną, rozprasza" (Mt 12,30).
Takie zadanie katecheta podejmuje w wielkiej pokorze, oczekując daru
mówienia w imieniu Chrystusa, bo jeśli cokolwiek udaje mu się zdziałać,
to wyłącznie "przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie". Innego
skutecznego sposobu nie zna katecheza, nie zna też Kościół.
Lekcje religii w szkole, chociaż nieobowiązkowe, pozostają w ścisłym
związku z procesem edukacyjno-wychowawczym, a ich znaczenie dla
kształtowania postawy moralnej uczniów jest praktycznie niewymierne.
Ziarno słowa Bożego, rzucane przez katechetę, pada na różną glebę
uczniowskich serc. I niekoniecznie udaje mu się wykiełkować od razu,
niekoniecznie w konkretny, zauważalny sposób. Ale chodzi o to, by młode
pokolenie Polaków potrafiło odróżniać prawdę od fałszu, dobro od zła,
miłość od nienawiści, miłosierdzie od litości, piękno od brzydoty,
bezpieczeństwo Bożego ładu od zagrożeń ludzkiego koniunkturalizmu,
roztropność i mądrość stanowiącą dar Boży - od wyrachowania i
cwaniactwa.
Niełatwe to zadanie, ale "siejemy" w nadziei, że Bóg czuwając nad tym
"zasiewem", ogrzeje go ciepłem swojej Miłości i nawilży strumieniem
wszechmocnej i miłosiernej Łaski, pozwoli mu wzrastać i pomoże w
przyszłości wydać plon świadomego i odpowiedzialnego świadectwa wiary.
Ciebie, Boże, o to gorąco prosimy... wysłuchaj nas, Panie!
Maria Mojzesowicz
MARIA MOJZESOWICZ - katechetka
w Gimnazjum nr 13 w Zespole Szkół im. S. Staszica w Warszawie.
|