|
|
|
|
| „Brzydkie”
słowa |
________________________________________________________________________________________________________
|
Lubimy wpadać w święte
oburzenie, że w dzisiejszych czasach nie tylko dorośli „po ciężkich
przejściach”, ale i dzieci nawet z tak zwanych dobrych rodzin, których
w naszym kraju jest wiele, używają, nie bez satysfakcji, „brzydkich i
bardzo brzydkich” słów. Skąd się to bierze? Małe dziecko uczy się
języka ze słyszenia, od otaczających je osób.
Ale dorośli rozmawiając ze sobą nie traktują jakiejś burzliwej rozmowy
jako tekstu dydaktycznego do zapamiętania. Natomiast dziecko usłyszało
i zapamiętało. Podchwyciło towarzyszącą słowu intonację: gniewu,
miażdżącej krytyki, chęci zastraszenia rozmówcy jednym „mocnym”
określeniem, lub wykpienia, czy upokorzenia osoby przeciwnika.
Zasłyszana wiedza pozostaje w pamięci dziecka, oczekując odpowiedniej
sytuacji, w której będzie się mogło nią posłużyć.
Czasem małe dziecko czuje się skrzywdzone i upomina się o
sprawiedliwość. Kiedy indziej walczy o to, aby zostało zauważone i
wówczas podświadomie decyduje się na powtórzenie słowa, które,
wykrzykiwane przez zdenerwowanego tatę, powoduje wyraźny szok u mamy i
babci. I co najważniejsze, osiąga zamierzony cel. Innemu maluchowi
zaczyna dokuczać „kompleks własnej małości” i zasłyszane od dorosłych
słowa traktuje jako symbol tej dorosłości, która już potrafi skutecznie
obronić się przed ingerencją w sprawy malca kogoś niepowołanego, kogo
dziecko nie akceptuje. Wówczas odpowiednio wybrane obraźliwe słowo lub
zwrot występuje w roli wzmocnionego zwrotu: „odczep się ode mnie, bo
cię nie potrzebuję, nie lubię, bo się ciebie boję!”. Można tu jeszcze
wymienić chęć zaimponowania rówieśnikom, albo obawę przed posądzeniem o
tchórzostwo, bo skoro wszyscy dookoła używają „takich słów” i nic się
właściwie nie dzieje, to przecież i mnie również nic się nie stanie. A
gdy będę ich unikać – powiedzą, że jestem tchórzem i mięczakiem.
Dorośli, żyjący w coraz większym pośpiechu, potrafią co najwyżej
napiętnować, znacznie rzadziej – ukarać, ale na dobrą sprawę, chyba nie
bardzo są w stanie wytłumaczyć, skąd i w jaki sposób po raz pierwszy
pojawił się w tych słowach lub zwrotach odcień pejoratywności i
dlaczego utkwił w nich na stałe.
Kiedyś wszystkie słowa były dobre, gdyż rzeczywistość stworzona przez
Boga „była dobra”, a człowiek, stworzony „na obraz Boży” (Rdz 1, 27),
został włączony do tego łańcucha dobra: „A Bóg widział, że wszystko, co
uczynił, było bardzo dobre” (Rdz 1, 31).
Bóg zaproponował człowiekowi „partnerstwo” w urządzaniu i doskonaleniu
świata i aby go zachęcić i ośmielić do podjęcia współpracy, dopuścił do
misterium nadawania imion otaczającemu go stworzeniu.
Każde nowe odkrycie, a więc: przedmioty, zjawiska, odczucia i uczucia –
w kolejności poznania – otrzymywały swoje nazwy i stanowiły dorobek
ludzkiej wiedzy, zdobywany w pocie czoła, metodą porównywania nowego z
poznanym już wcześniej. Dopiero z czasem człowiek wypracował w sobie
umiejętność abstrakcyjnego myślenia i nauczył się nadawać „imiona”
uwzględniające charakterystyczne cechy wspólne: ktoś, pozbawiony
precyzji ruchów, kojarzył się człowiekowi ze słoniem, ale trzeba było
osiągnąć perfekcję... w produkcji porcelany, aby mogło powstać
określenie: „porusza się jak słoń w składzie porcelany”.
Podobny mechanizm można wykryć w kategorii tak zwanych „brzydkich”,
niecenzuralnych słów, czyli przezwisk, wulgaryzmów, obelg, inwektyw i
przekleństw obrażających bliźniego, sprawiających mu przykrość,
powodujących wyraźną krzywdę, bo w takich kategoriach należy oceniać
uszczerbek na autorytecie, który niekiedy pociąga za sobą nawet utratę
lucrum cessans („korzyści możliwych”).
Z myślą o zewidencjonowaniu tej niebezpiecznej, bo często nakręcającej
agresję leksyki, filolodzy opracowali Słownik polskich przekleństw i
wulgaryzmów (pod red. M.
Grochowskiego, PWN, 2008). Na pierwszy ogień weźmy najpopularniejszy w
dzisiejszej mowie potocznej „przerywnik” – na literkę „k...”,
pochodzący wprost z czcigodnej łaciny (curvus, curva – krzywy, krzywa),
który w swojej pierwotnej funkcji nominatywnej jest zupełnie neutralny.
Wszystko, co nie jest proste, może w rodzaju żeńskim zostać określone
przymiotnikiem „krzywa” i nie wywołuje żadnych emocji. A we
współczesnym języku włoskim słowo to oznacza „zakręt”.
Weźmy inny przykład: „niech go ch..... a jasna! – człowiek wyrzuca z
siebie ten okrzyk w rozgoryczeniu, życząc bliźniemu, by spotkało go coś
złego. Ale wykropkowane słowo ma bardzo konkretne znaczenie straszliwej
choroby, która w przeszłości dziesiątkowała ludzkość na rozległych
terenach. Wówczas ludzie z wiarą i nadzieją w sercu śpiewali
suplikacje: „Od powietrza, głodu, ognia i wojny – zachowaj nas, Panie!”
Ci, którym udało się przetrwać „morowe” powietrze, przekazywali
dzieciom i wnukom tragiczną historię cudem przeżytej epidemii.
Trudno jednak wyobrazić sobie, by naoczni świadkowie tragedii mieli
odwagę zaadresować takie ponure życzenie nawet do największego swojego
wroga. Nie wolno rzucać na wiatr lekkomyślnych słów, złych słów. A
tymczasem słowo to stało się nosicielem wrogości, uosobieniem zła na
etapie życzeniowym.
Im więcej w nas egoizmu i zarozumiałości, im częściej próbujemy zdobyć
dla siebie – kosztem drugiego człowieka – jak najwięcej przestrzeni
życiowej, tym łatwiej jest nam pogodzić się z możliwością porównywania
nielubianego, niedocenianego przez nas bliźniego do któregoś z
przedstawicieli świata zwierząt. Czy nigdy nie zdarzyło się nam nazwać
kogoś małpą, świnią, krową, podłym psem, gadem, czy może jeszcze innym
zwierzakiem, który w swoim rodzaju biologicznym jest na właściwym
miejscu, ale jako „prototyp” osoby ludzkiej brzmi obraźliwie, nawet gdy
takie przezwisko jest niby−żartobliwe.
Nie oparły się manii tworzenia obraźliwych epitetów również i nazwy
części ludzkiego ciała, które wswojej wulgarnej wersji, wodniesieniu do
lekceważonej osoby, brzmią szczególnie obraźliwie. A przecież:
„...ciało wasze jest przybytkiem Ducha Świętego” (1 Kor 6, 19).
Niektóre imiona własne, znane chociażby z Biblii, zyskały sobie na tyle
złą sławę, że przemieściły się do kategorii rzeczowników pospolitych.
Używamy nagminnie oceny: „cham, chamski, chamstwo”, a słowo to pochodzi
od imienia syna Noego, który wyśmiał w beztroski sposób ojca w związku
z jego chwilową niedyspozycją i niezbyt chwalebnym zachowaniem. Judasz
– wiadomo, zdrajca, ale w roli epitetu – to straszny zdrajca, na którym
można się zawieść tylko raz, a potem człowiek już się go wystrzega.
Znacznie bardziej niepokojący staje się fakt, że dziewczyna w wieku
szkolnym wykorzystuje swoje piękne imię „Maria”, by wprowadzić jakąś
tajemniczą dwuznaczność w momencie przedstawiania się w towarzystwie
rówieśników: „Marycha”.
Czy to prowokacja obliczona na podziw, czy może świadomy sygnał?
Człowiek od wieków wyraża siebie, swoje wnętrze, swój rozum i serce
jako połączenie podziwu i lekceważenia, miłości i wrogości, otwartości
na bliźniego i egoizmu, właśnie za pomocą słów. Im bardziej
uporządkowane ma wnętrze, tym klarowniejszy jest jego sposób myślenia,
tym łatwiej jego wypowiedź układa się w zorganizowany szereg słów, w
którym nie ma miejsca na przerywniki, przezwiska, czy prowokujące
dwuznaczności.
Wówczas słowa nabierają autentycznej wartości, odradzają się w swoich
właściwych znaczeniach, a osoba staje się wiarygodna dzięki rzetelności
swoich wypowiedzi, w których dominuje szacunek dla rozmówcy, szacunek
do świata, który został stworzony jako dobry.
Nie istnieją bowiem „brzydkie słowa” jako takie, same w sobie. Stają
się „brzydkimi” w konkretnym momencie, gdy człowiek stara się napełnić
je negatywnym znaczeniem, utrwalając je przez kolejne powtórzenia i
rozprzestrzenianie tych kalekich realizacji wśród innych osób, podobnie
jak on niezadowolonych i rozgoryczonych, opanowanych przez pychę albo
zawiść lub po prostu nieszczęśliwych.
Język ze swojego założenia, jako środek komunikacji międzyludzkiej,
powinien służyć DOBRU, uczestniczyć w jego powstawaniu, wzroście i
dojrzewaniu jego owoców.
Istnieje od dawna maksyma: „Pokaż mi,
z kim się przyjaźnisz, a powiem ci, kim jesteś”.
Sparafrazujmy ją tak: „Posłucham cię,
jak mówisz i dowiem się, kim jesteś”.
Maria Mojzesowicz
MARIA MOJZESOWICZ – katechetka
w Gimnazjum nr 13 w Zespole Szkół im. S. Staszica w Warszawie.
|