|
Nasz
dom
|
________________________________________________________________________________________________________
|

Dobro nie jest medialne.
Najczęściej dzieje się w zaciszu domu. Nie jest też nachalne, ani
natychmiastowe. Nie lubi błysku fleszy. Jeżeli nawet pojawia się w
mediach, to razem z nim zjawia się cukierkowatość i ckliwość.
Jest to widoczne zwłaszcza w
okolicach Świąt Bożego Narodzenia i Dnia Dziecka. Wtedy łatwiej o
odruch serca widzów i jednorazowy datek dla biednych „sierotek”.
Od ośmiu lat prowadzimy
rodzinny dom dziecka. Nawiązaliśmy poprawne kontakty z mieszkańcami
naszego miasteczka, cały czas włączamy się w życie społeczności
lokalnej. Staramy się nie utrwalać w ludziach pozbawionego sensu
przekonania, że naszym dzieciom należy się współczucie. Zależy nam na
tym, by dzieci, które zostały nam powierzone, miały duże poczucie
własnej wartości, wiarę we własne siły, i by w stosunku do nich nie
stosowana była taryfa ulgowa.
Staramy się, by nasz dom był piękny nie tylko wewnątrz. Cztery razy z
rzędu wygraliśmy w okresie Bożego Narodzenia parafialny konkurs na
najładniej przystrojony dom w mieście i gminie. Mój mąż razem ze
starszymi chłopcami rozwiesza prawie siedemdziesiąt sznurów lampek i
węże świetlne. Widać, że w naszym domu mieszka dużo szczęśliwych
dzieci. Latem nasz dom tonie w kwiatach. Nie ma człowieka, który
przechodząc nie zachwyciłby się mnogością gatunków, różnorodnością barw
i trudem, który trzeba włożyć, by było tak pięknie. We wszystkich
pracach pomagają dzieci. Są ekspertami od spraw kwiatów i drzewek
owocowych. Troszczą się o swoje rośliny. Te, które im się szczególnie
podobają, mogą sadzić we wskazanych miejscach.
Podobnie rzecz ma się ze zwierzętami. Wszystkie kury mają imiona i
właściciela. Tylko w sobie wiadomy sposób dzieci rozróżniają kury,
które wyglądają tak samo. Każdy królik ma swojego opiekuna i każda
przepiórka. Najbardziej rozpieszczony jest Reksio – czarny kundelek z
białym ogonkiem. Jest dokarmiany i zagłaskiwany przez wszystkie dzieci
w tej samej mierze.
W nagrodę dzielnie broni domu i skutecznie uniemożliwia grę w piłkę.
Biega za nią po boisku, które wygospodarowaliśmy naprzeciwko domu. Tam
dzieci są bezpieczne, a my spokojni. Z boiska korzystają też dzieci z
okolicznych domów. Tak pokrótce i bardzo powierzchownie wygląda życie
dziesięciorga dzieci w rodzinnym domu dziecka. Brakuje opisu odrabiania
lekcji z każdym dzieckiem indywidualnie. Dzięki temu programy szkoły
podstawowej, gimnazjum i szkoły zawodowej mamy w tzw. „jednym palcu”.
Brakuje opisu poranków i gonitw, by wszyscy zdążyli tam gdzie powinni,
by byli najedzeni i schludnie ubrani. Brakuje opisów wielu jeszcze
sytuacji i problemów, ale nie o to w tej wypowiedzi chodzi. Dla nas
najpiękniejszą chwilą będzie ta, gdy któryś z rodziców przyjedzie nie
po to, by odwiedzić dziecko, ale by zabrać je do bezpiecznego domu.
Wiem, że to bardzo trudne założenie, ale przecież możliwe.
Usilnie pracujemy, by dzieci mogły wrócić do swoich rodzin naturalnych.
Niestety, do tej pory nie udało się. Rodzice z różną częstotliwością i
po wielu rozmowach z nami i kuratorami sądowymi czasami przyjeżdżają.
Zawsze są traktowani z szacunkiem, częstowani posiłkiem, czy choćby
kawą. Mogą być ze swoimi dziećmi jak długo chcą. Zawsze wykorzystujemy
te chwile, by z nimi porozmawiać o przyszłości ich dzieci. Wiem, że
kiedyś byli to wartościowi ludzie, ale się pogubili. Trzeba im pomóc
wrócić do tzw. „normalnego” świata.
Trzeba zobaczyć, jak zwycięża
miłość dziecka do ojca przebywającego w więzieniu. Ile czułości w
objęciach i robieniu świątecznych paczek. Dla dziecka nie jest ważne,
że jeszcze niedawno ojciec pił i bił. Teraz, w zmienionych warunkach
jest trzeźwy, czysty, a co najważniejsze, jest na pewno jego własny.
Trzeba zaobserwować smutek w oczach dziecka w momencie rozstania z
rodzicami.
Nasza rola polega na
jednoczeniu rodzin. Wzięliśmy do naszego domu dzieci, by je oddać, a
nie zawłaszczyć. Będziemy się nimi zajmować i kochać je tak długo, jak
będzie trzeba. Niektóre „niestety” – (i trzeba ten cudzysłów dobrze
zrozumieć) – na zawsze.
Kiedyś przyjechali w
odwiedziny rodzice trójki rodzeństwa. Malcy byli zdezorientowani, bo
nie widzieli rodziców siedem miesięcy. Natomiast dwunastoletni syn miał
radość w oczach. Rodzice wyjechali na motorze. Syn nie odstępował ojca
i motoru ani na chwilę. Wdać było wyraźnie, że jest dumny. Ja też byłam.
Gdy po kilku godzinach rodzice
pojechali, zdarzyła się jedna z tych pięknych chwil, na które czekamy.
Pięcioletni chłopczyk, siedząc na kolanach mojego męża, stwierdził
nagle, że jest bardzo bogaty. Dziwnym wydało mi się to stwierdzenie,
więc zapytałam, co to miałoby znaczyć. Malec wyjaśnił, że tylko on ma
dwie mamy i dwóch tatusiów.
Niespełna rok temu zdarzyła
się jeszcze jedna piękna chwila. Nasza najstarsza dziewczynka
wychodziła za mąż. Na weselu okazało się, że przygotowali dla nas
piękny bukiet kwiatów. Przy jego wręczaniu razem ze wszystkimi gośćmi
śpiewali piosenkę, której refren brzmiał: „Cudownych rodziców mam,
odkryli mi każdą z dróg, po której szłam...”. I choć nie należę do
tych, którzy łatwo się rozczulają – nie mogłam zapanować nad
wzruszeniem. To była jedna z tych pięknych chwil, których nie da się
zapomnieć. Teraz jesteśmy już „dziadkami”. Piękny jest widok, gdy nasza
wychowanka−córka czule zajmuje się swoją maleńką córeczką. Chyba
nauczyliśmy ją miłości. Widać wyraźnie, że kocha swojego męża i
córeczkę – musiała gdzieś takie relacje zaobserwować i zapragnąć takich
uczuć.
Choć w codziennym trudzie
gotowania, prania, sprzątania, prasowania, mycia naczyń i dziesięciu
wywiadówkach jednocześnie, trudno o „światełko w tunelu“, warto robić
to wszystko dla chwil, które opisałam. Takich cudownych momentów jest
nieskończenie wiele, ale czekam ciągle na ten jeden, gdy w drzwiach
staną rodzice, by zabrać dziecko do domu.
I choć dobro nie jest medialne, to ze wszystkich sił należy starać się,
by je skutecznie pomnażać.
Alina Kowalska−Pietrzyk
ALINA KOWALSKA−PIETRZYK –
Rodzinny Dom Dziecka w Okonku
|